Podobno jesteśmy pierwszym pokoleniem, które zrozumiało jakim zagrożeniem dla świata i ludzkości jest ocieplenie klimatu, i ostatnim, które może coś zrobić, by niekorzystne zmiany zatrzymać. Rok 2018 był najcieplejszym w historii pomiarów, bijąc rekordy z 2017,2016,2015 itd… W tym tempie do końca wieku, wskutek topnienia lodowców pod wodą znajdzie się nie tylko Wenecja ale także […]
Redakcja
2019-08-22
5 minut czytania
Podobno jesteśmy pierwszym pokoleniem, które zrozumiało jakim zagrożeniem dla świata i ludzkości jest ocieplenie klimatu, i ostatnim, które może coś zrobić, by niekorzystne zmiany zatrzymać.
Rok 2018 był najcieplejszym w historii pomiarów, bijąc rekordy z 2017,2016,2015 itd… W tym tempie do końca wieku, wskutek topnienia lodowców pod wodą znajdzie się nie tylko Wenecja ale także Amsterdam i Nowy Jork – prognozuje ONZ. To wymaga ogromnych zmian w przemyśle, rezygnacji z konwencjonalnych, ale bardzo szkodliwych dla środowiska paliw, surowców czy maszyn. Ekologiczna rewolucja przewróci do góry nogami m.in. rynek samochodowy. Według ekspertów w ciągu najbliższych lat zmieni się on bardziej niż od wynalezienia auta do teraz. Branża motoryzacyjna nie ma ucieczki. Świat zdecydował o gigantycznych karach wymuszających na producentach inwestycje w ekologię. Norwegia już zadeklarowała że od 2030 roku nie będzie rejestrować nowych aut spalinowych. Inne kraje zrobią to zapewne niewiele później. Już dziś limit CO2 dla każdego auta wynosi 130 gramów za przejechany kilometr. W przyszłym roku norma wyniesie 95, a za 10 lat 59. A w roku 2040 zostanie sprzedane ostanie nowe auto z silnikiem spalinowym. Dziś auta elektryczne to zaledwie 0,5 procent całości sprzedaży. Dużo lepiej sprzedają się hybrydy, ale i tak 95 procent handlu to benzyna i olej. Ale za 10 lat „elektryki” mają stanowić 40 procent rynku. Wielkie koncerny rozpoczęły wyścig pompując w badania i wdrożenia gigantyczne pieniądze. Daimler deklaruje 42 miliardy dolarów na najbliższe 4 lata. Grupa Volkswagen 30 mld euro. To więcej niż cały PKB takich państw jak Egipt czy Chile. Globalnie producenci deklarują oficjalnie 250-300 mld dolarów. Najwięcej wydają i wydawać będą Chińczycy, którzy nie załapali się właściwie na trwający do teraz etap samochodowej produkcji. Dlatego w nowym rozdaniu zamierzają wyciąć z tortu największy kawałek. Apetyty mają też tradycyjnie Amerykanie, Niemcy, Japończycy i Francuzi. Według zapowiedzi do 2025 roku w produkcji będzie 15 modeli typowo elektrycznych i 30 hybrydowych nowości, a sprzedaż ma osiągnąć 15 milionów rocznie. Tyle, że trzeba pokonać kilka barier. Największe z nich to cena, zasięg i ładowanie. I to się dzieje na naszych oczach. Tesla – która zaczęła od elektrycznych aut dla miliarderów – teraz oferuje swój Model 3 za 130 tysięcy złotych. Jedno ładowanie wystarcza w nim na 350 kilometrów, a auto do 60 mph przyśpiesza w 6 sekund. Jeszcze dalej poszedł brytyjsko – chiński Lotus. Jego Evija to prawdziwy smok. Ma cztery silniki elektryczne – po jednym na każde koło, a każdy z nich z ogromną mocą 500 KM, co daje łącznie 2000 KM i 1700 Nm momentu obrotowego. Taka moc sprawia, że Evija jest dziś najmocniejszym produkowanym samochodem na świecie pokonując wszystkie nie tylko elektryczne, ale również spalinowe i hybrydowe samochody. Pozwala też na rozpędzenie tego elektryka do „setki” w niespełna 3 sekundy. Masowej produkcji z pewnością nie będzie ale ten przykład pokazuje jak pękają kolejne bariery. Inni producenci już ich gonią. Volkswagen sprzedał wszystkie „miejsca w kolejce na elektryczne auto” w ogłoszonym kilkanaście tygodni temu zapisie. ID3, który otrzymał już nową nazwę „Neo” ma być następcą Golfa, a jego wprowadzenie na rynek ma być rewolucją na miarę „pierwszego Garbusa”. Taka motoryzacyjna rewolucja to też ogromne zmiany w innych dziedzinach, m.in. nieruchomościach. Każdy budynek niemieszkalny z miejscami parkingowymi będzie musiał mieć 20 procent stanowisk do ładowania. W nowych blokach mieszkalnych deweloperzy muszą położyć specjalne okablowanie kanałowe, doprowadzone do wszystkich miejsc parkingowych. Aż w 80 % przypadków auta elektryczne ładowane są bowiem w domach lub w pracy. Od 2014 roku liczba publicznie dostępnych punktów ładowania w Polsce wzrosła ponad siedmiokrotnie. Najwięcej inwestują Grupa Lotos, PGE, GreenWay, Energa – Obrót i Orlen. Tyle, że to i tak dużo, dużo mniej niż w Holandii (38,4 tys. punktów ładowania ), w Niemczech (24,7 tys. ), Francji ( 23,2 tys.) i W. Brytanii (16,3 tys.). Zgodnie z ustawą o elektromobilności i paliwach alternatywnych do końca 2020 powinno w Polsce działać minimum 6 tys. standardowych, 400 szybkich punktów ładowania. Jest więc co robić. Tym bardziej, że samą elektryczność wytwarzamy drogo i z węgla. Nasze sieci przesyłowe nadają się w większości do muzeów elektryczności. Nie mamy umów na dostawę trudno dostępnego litu do produkcji baterii. A powołana przez rząd spółka ElectroMobility Poland, która miała inicjować i koordynować prace związane ze stworzeniem polskiego auta, przez długi czas mogła pochwalić się jedynie organizacją konkursu na wygląd takiego samochodu. Na razie zatem ten wyścig potęg oglądamy z pit-stopu. I szukamy kół zamiast ruszać dalej.