Brukselskie elity od lat karmią nas opowieściami o „Zielonym Ładzie”, zrównoważonym rozwoju i ratowaniu planety przed nadchodzącą apokalipsą.

Brukselskie elity od lat karmią nas opowieściami o „Zielonym Ładzie”, zrównoważonym rozwoju i ratowaniu planety przed nadchodzącą apokalipsą.
Brukselskie elity od lat karmią nas opowieściami o „Zielonym Ładzie”, zrównoważonym rozwoju i ratowaniu planety przed nadchodzącą apokalipsą.
Każdy z nas, Europejczyków, ma być żołnierzem na froncie tej walki. Mamy jeździć elektrycznymi autami, rezygnować z pieców węglowych i ze stoickim spokojem patrzeć na rosnące ceny żywności.
Nie ma w tym nic złego. Klimat się zmienia, środowisko wymaga ochrony, a odpowiedzialność za planetę spoczywa na każdym z nas. Europejczycy to rozumieją. Dzieci uczą się ekologicznych postaw w szkołach, dorośli wdrażają je w codziennym życiu. Problem zaczyna się wtedy, gdy gasną kamery, a w zaciszu brukselskich gabinetów architekci naszej „zielonej przyszłości” wyciągają spod stołu umowę z Mercosur. Nagle okazuje się, że planeta może poczekać, jeśli w grę wchodzi eksport dóbr przemysłowych.
Umowa z krajami Ameryki Południowej przedstawiana jest jako triumf wolnego handlu i dyplomacji. W rzeczywistości to szczyt politycznego cynizmu oraz gospodarczy wyrok śmierci na europejskiego rolnika. Mechanizm jest prosty oraz brutalny. My otwieramy nasz rynek na tanią wołowinę, drób i cukier z Ameryki Łacińskiej, a w zamian oni kupują nasze samochody, maszyny oraz chemikalia. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden drobny szczegół – zasady gry.
Rolnik na naszym kontynencie jest dziś jednym z najbardziej kontrolowanych i prze regulowanych zawodów na świecie. Musi dbać o dobrostan zwierząt, ograniczać pestycydy, raportować każdy gram nawozu i drżeć przed każdą kontrolą środowiskową. W zamian otrzymuje dopłaty i programy wsparcia, ale nie one są sednem problemu. Wołowina z Brazylii przyjeżdża do nas z terenów, które jeszcze niedawno były płucami Ziemi w dorzeczu Amazonki, dopóki nie wycięto ich pod ogromne pastwiska. Tamtejsze uprawy soi są traktowane substancjami, które w UE są zakazane od dekad jako niebezpieczne i rakotwórcze.
To nie jest wolny handel, a dumping ekologiczny i sanitarny. Bruksela uprawia moralny outsourcing. Chcemy czuć się czyści, więc nakładamy na europejskich producentów drakońskie normy, które czynią ich niekonkurencyjnymi. Jednocześnie sprowadzamy żywność z drugiego końca świata, generując gigantyczny ślad węglowy podczas transportu i wspierając państwa, które za nic mają ochronę środowiska. To tak, jakby zakazać sprzedaży papierosów w swoim mieście, ale otworzyć darmowy korytarz transportowy dla hurtowni tytoniu z sąsiedniego państwa.
Najbardziej uderzająca jest pogarda dla suwerenności żywnościowej. W dobie kryzysów geopolitycznych, kiedy nauczyliśmy się, że uzależnienie od rosyjskiego gazu było błędem. Europa z radością pakuje się w kolejne uzależnienie, tym razem od latynoamerykańskiego talerza. Jeśli zniszczymy własne gospodarstwa rolne, bo „taniej jest sprowadzić z Brazylii”, to za 10 lat będziemy błagać o dostawy żywności, płacąc za nie każdą cenę, którą podyktują nam globalne koncerny.

