Partnerzy

Wyszukiwarka

Biznes
Pasja dodaje skrzydeł… od trzydziestu lat.

Tomasz Podsiadły, aktor, reżyser, konferansjer, człowiek przekuwający sztukę w biznes. Choć trudno w to uwierzyć, obchodzi w tym roku trzydziestolecie pracy artystycznej. O to, jak to możliwe i ile zmieniło się w jego życiu w ciągu tych trzech dekad pytała Agata Braun. Tomasz, ile Ty masz właściwie lat? A na ile wyglądam? Trzydzieści parę… Jesteś miła, wyglądam na więcej. Mam czterdzieści cztery lata. […]

Redakcja
2021-03-02
8 minut czytania

Tomasz Podsiadły, aktor, reżyser, konferansjer, człowiek przekuwający sztukę w biznes. Choć trudno w to uwierzyć, obchodzi w tym roku trzydziestolecie pracy artystycznej. O to, jak to możliwe i ile zmieniło się w jego życiu w ciągu tych trzech dekad pytała Agata Braun.

Tomasz, ile Ty masz właściwie lat?

A na ile wyglądam?

Trzydzieści parę…

Jesteś miła, wyglądam na więcej. Mam czterdzieści cztery lata.

Czterdzieści i cztery. Trzydziestolecie pracy, jak to możliwe?

Wiek znamienny. A trzydziestolecie wynika z tego, że pierwszy raz na scenie stanąłem w wieku 14 lat w Teatrze Miejskim w Gdyni. Dokładnie 9 listopada 1991 roku.

Nie próbowali Cię przez te trzy dekady znieść ze sceny?

Wielokrotnie. Szczególnie, gdy pracowałem w teatrze na etacie. Na ich szczęście sam odszedłem, a na moje, znowu pokochałem teatr.

Cofnijmy się do Twojego debiutu. Masz czternaście lat, stoisz na scenie – gdzie się wtedy widziałeś za trzydzieści lat? Jaką miałeś wizję siebie?

Pamiętam, że po trzeciej próbie generalnej, czyli po pierwszym spotkaniu z publicznością, podszedł do mnie któryś z dorosłych aktorów i zapytał, czy mi się coś stało, bo zmienił mi się głos. Chyba z nerwów, choć ja zupełnie tego nie zauważyłem. Gdy miałem czternaście lat, wydawało mi się, że trzy dekady później będę starym człowiekiem. Zawsze chciałem pracować w teatrze. Wiedziałem, że będę. Wychowywałem się z babcią, która była śpiewaczką operową, znałem realia tego świata. Nie myślałem na pewno, że będę reżyserował, a nie grał. Właściwie wcale nie chciałem reżyserować.

Dlaczego?

Reżyseria wydawała mi się najmniej prestiżowa. Pracę w teatrze widziałem przez pryzmat sceny i braw. Reżyser sterował wszystkim z tylnego siedzenia, a mnie interesowało wyłącznie granie. Wiąże się z tym anegdota. Pracując nad „Księciem i żebrakiem”, reżyser (Jarosław Kilian) wziął rodziców kolei i moich na rozmowę, mówiąc: „Zobaczycie Państwo, Patryk będzie aktorem, a Tomek zostanie reżyserem”. Co u Patryka nie wiem, choć aktorem nie został…
Z czysto biznesowego punktu widzenia, aktorzy nie mają zbyt wielu możliwości dobrego zarobku.
Ze strony biznesowej bycie reżyserem, jest o wiele bardziej intratne rozwojowo i finansowo. Faktem jest, że gdy aktor otrzyma rolę w serialu to właściwie osiąga rozpoznawalność i stabilizację. Może także spełniać swoje marzenia artystyczne w teatrze, choć niestety najczęściej gdzieś na prowincji. Może się też szybko wypalić.
Porzuciłem granie na rzecz reżyserii naturalnie i mimochodem. Znasz mnie i wiesz, że mam jakiś imperatyw wewnętrzny, który ciągnie mnie do zarządzania, to chyba u mnie rodzinne. Marzenia o serialach skończyły się wraz z decyzją o pozostaniu w Trójmieście.

Dlaczego podjąłeś taką decyzję?

Pojechałem, nie tak dawno, do Warszawy na kilka miesięcy, żeby spróbować swoich sił. Z tą tylko różnicą, że miałem już ugruntowaną pozycję zawodową tutaj. Nie musiałem stawiać wszystkiego na jedną kartę. Zrozumiałem, że Trójmiasto jest moim miejscem na ziemi. Tu mam rodzinę, przyjaciół, relacje. A biznes to relacje. Zdarza mi się pracować w całej Polsce, ale zawsze mogę wrócić do domu. Dobrze, że nie pytasz, czy wolę Gdańsk, czy Gdynię. Często słyszę to pytanie. Dla mnie to są dwa różne, współgrające byty, każdy z własną historią i temperamentem.

Chciałam o to zapytać! To teraz powiedz mi, jak się w Trójmieście robi biznesy artystyczne?

Niełatwo. Trójmiasto było i jest dosyć oporne na inwestowanie w kulturę. Jako metropolia o charakterze portowo-stoczniowym nie stawia kultury na piedestale. Widzi ją, ale nie otwiera się na innowacje. Inaczej jest w przypadku Poznania, czy Warszawy. U nas kultura zajmuje dalsze miejsca w rankingu potrzeb i zainteresowań.

A jaka jest trójmiejska kultura?

Nie mamy zbyt dużej konkurencji. Są ośrodki duże, z tradycjami, ale wciąż brakuje konkurencyjności na rynku. Biznesowo jest to także ciekawe zjawisko. Podczas projektów sprzedażowych, działań marketingowych sięga się po muzykę, kino, stand-up, ale nie po teatr. No chyba, że przyjedzie spektakl z Warszawy.

Ale przecież firmy mają w swojej misji zapisy o wsparciu kultury. Co w takim razie wspierają?

Przede wszystkim sport, bo to się wizerunkowo najlepiej przekłada na zyski. Sport łączy i jest popularny. Na drugim miejscu jest muzyka. Zarządy firm wybierają kulturę z górnej półki. Prędzej zaproszą pracowników do filharmonii, niż na farsę w małym teatrze. Takie jest prawo tego rynku – wspieramy to, co daje poczucie prestiżu. Tego rodzaju wsparcia brakuje szczególnie mniejszym ośrodkom, które potrafią mieć bardzo interesującą ofertę. Dlaczego tak się dzieje? Pokutuje przeświadczenie, że kultura nie jest nośna, a inwestowanie mało dochodowe. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, jak wielu środków i funduszy wymaga produkcja spektaklu, czy koncertu, a nawet jego jednorazowego wystawienia. W 90% przypadków wpływy z biletów nie są w stanie tych kosztów pokryć, mimo pełnej sali. Bardzo dobrze, że są jednak firmy, które sztukę wspierają, szkoda, że nie ma ich więcej.

W Polsce pokutuje myślenie, że kultura jest darmowa, a płacenie za nią to fanaberia.

Nie jesteśmy wciąż na tyle zamożnym krajem, by swobodnie realizować szczyt piramidy Maslowa. Dawanie czegokolwiek za darmo sugeruje, że nie ma wartości. Dobrą praktyką jest rozdawanie wejściówek, które trzeba jakoś zdobyć.

Widz musi mieć świadomość, że się trochę natrudził, wtedy dopiero szanuje kulturę.

Efekty działań kulturalnych nie są mierzalne, dotyczą miękkich kompetencji, nie sposób przedstawić wyników na wykresie. Kultura jest trudna w produkcji, ulotna, niepoliczalna. Trochę jak z drogim samochodem. Wymaga tego samego zasobu części, ale dostrzegamy wyraźną różnicę między Maserati, a Skodą.

Od 30 lat pracujesz na scenie, w różnych rolach. Co z Twojego doświadczenie scenicznego, pomogło Ci w rozwoju kariery biznesowej?

Pomogła zmiana sposobu myślenia. Mało który artysta jest dobrym biznesmenem, choć powinien. Szkoły nie uczą tego, jak sobie radzić po dyplomie. A tu wszystko trzeba sobie wypracować, wychodzić.
Pracowałem na etacie i wydawało mi się, że nic więcej nie muszę. Poszedłem drogą trudniejszą, ale ciekawszą. Będąc aktorem potrafię wykorzystywać w biznesie umiejętność odczytywania mowy ciała. Mam też swobodę negocjacji. Znam też moc jaką generują relacje. Bez nich niewiele można osiągnąć. Jeśli myślisz o pracy w kulturze, skup się na relacjach z ludźmi.

Skąd taka zmiana sposobu myślenia?

Miałem dosyć obserwowania sukcesów innych. Przyjaciółka uświadomiła mi, że zasady biznesowe przekładają się na świat kultury i sztuki. Tylko finalny produkt jest inny.

Na przestrzeni trzech dekad zaliczyłeś wiele wzlotów i upadków. A jak było z rokiem 2020, trudnym dla wszystkich?

To był najbardziej wartościowy rok w moim życiu pod względem samorozwoju. Gdy w marcu straciliśmy możliwość zarobku, miałem nagle dużo czasu na naukę. Przeczytałem dziesiątki książek dotyczących relacji, rozwoju i siły charakteru. Leżałem na balkonie i czytałem. Po dwóch miesiącach byłem opalony, jak po egzotycznym urlopie, a w głowie buzowało mi od przemyśleń. Uświadomiłem sobie, że sztuka nie wróci w formie, którą znaliśmy. Musimy być nastawieni na zmianę. Nie ma co czekać na powrót „normalności”. Pomocna okazała się też dieta informacyjna. Wyłączyłem telewizor i ograniczyłem negatywny przekaz.

Pracujesz z zawodowcami i amatorami, dostrzegasz znaczącą różnicę w sposobie pracy?

Praca z amatorami w Bałtyckim Teatrze Różnorodności była moim świadomym wyborem. Tam jest pasja. Praca na etacie ją zabija. Stałe zarobki, rodzaj stabilizacji i wygody… Pasja dodaje skrzydeł. Zdecydowanie trudniej pracuje się ze zgorzkniałym profesjonalistą, niż nawet średnio zdolnym amatorem. Jeżeli mogę wybierać, to wolę pracować z ludźmi z pasją, także w biznesie.

Podsumuj w trzech słowach te trzydzieści lat pracy.

Zmiana, zmiana, zmiana. Kocham swoją pracę, ludzi, biznes, ale nie wyobrażam sobie życia bez teatru. Gdy go nie ma, widzę jak bardzo mi brakuje tej macierzy, w której wyrosłem. To mocny fundament.

Czego Ci życzyć?

Abym spotykał na swojej drodze osoby, które wniosą w moje życie długofalową wartość.

Reklama na portalu expressbiznesu.plReklama na portalu expressbiznesu.pl