Partnerzy
  • Pracodawcy Pomorza

Wyszukiwarka

Lifestyle
3466 mil samotności i spełnionego marzenia

Samotna żegluga przez ponad 3466 mil morskich była próbą charakteru, cierpliwości i wytrzymałości. Były tygodnie deszczu, zimno, wysokie fale i momenty, w których pojawiało się zwątpienie. O szczegółach tej wyprawy opowiada Adrian Zieleniak.

Przemysław Schenk
2026-09-08
7 minut czytania

Samotna żegluga przez ponad 3466 mil morskich była próbą charakteru, cierpliwości i wytrzymałości. Były tygodnie deszczu, zimno, wysokie fale i momenty, w których pojawiało się zwątpienie. O szczegółach tej wyprawy opowiada Adrian Zieleniak.

Spełnił Pan marzenie, przepływając 3466 mil morskich. Co sprawiło, że właśnie teraz postanowił Pan zrealizować to przedsięwzięcie?

Nigdy nie planowałem, że wyruszę w taką podróż, nie dlatego, że mi się nie marzyła. Zwyczajnie nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek będę mógł po prostu zniknąć na trzy miesiące i popłynąć w nieznane. Paradoksalnie taka możliwość pojawiła się, gdy byłem na zakręcie mojego życia zawodowego i dostrzegłem w tym możliwość zdobycia czasu, którego nigdy wcześniej nie posiadałem. Czułem, że taka okazja może się już więcej nie powtórzyć, a przynajmniej nieprędko.

3466 mil morskich samotnie, ponad trzy miesiące na niewielkiej, ponad 50-letniej żaglówce – co było dla Pana najtrudniejsze?

To nie były wakacje. Ten rok był bardzo niestabilny dla Norwegii. Było dużo deszczu i silnego wiatru. Wychodząc w morze, musiałem podejmować decyzje, które nie były łatwe. Spośród wszystkich rzeczy, z którymi musiałem się mierzyć na morzu, największy respekt budziły we mnie fale. Ja i moja łódka wyglądaliśmy na nich jak mały paproch. To, że jeszcze staraliśmy się przemierzyć tę wodę, wydawało się wręcz zabawne. Jest też jedna absurdalnie prozaiczna rzecz, za którą nie mogę winić ani morza, ani pogody. Nigdy nie byłem dobrym kucharzem, nie jadam też szczególnie regularnie ani rozsądnie. Morze szybko zweryfikowało tę strategię. Po trzech miesiącach wysiłku i niezbyt dobrze zbilansowanej diety zacząłem wyraźnie odczuwać, że organizmowi zaczyna brakować sił.

Miał Pan po drodze tygodnie deszczu, zimno, silny wiatr, wysokie fale i mocne prądy. Czy podczas wyprawy pojawiły się momenty zwątpienia?

Tak. Były dwa takie momenty, które szczególnie mocno zapamiętałem. Co ciekawe, w obu przypadkach mechanizm był podobny. Kryzys nie pojawił się nagle, ale narastał stopniowo, dzień po dniu. Pierwszy przyszedł po długim okresie niemal nieustannego deszczu. Przez około trzy tygodnie temperatury oscylowały w granicach 8–10 stopni. Deszcz właściwie nie przestawał padać. Z czasem skończyły mi się suche ubrania. Nic nie schło, a wilgoć zaczęła wdzierać się wszędzie, również do wnętrza łodzi i do mojej pościeli. Po wielu takich dniach zacząłem budzić się rano z niechęcią na myśl o kolejnym dniu, który miał wyglądać dokładnie tak samo.

W pewnym momencie po prostu poczułem, że mam dość. Drugi kryzys pojawił się w podobny sposób, ale tym razem jego źródłem były fale. Przez wiele dni silnego wiatru musiałem mierzyć się z wysokim stanem morza, na którym zwyczajnie bałem się płynąć. Zauważyłem wtedy, że człowieka nie zawsze łamie jedno wielkie wydarzenie. Czasem znacznie trudniejsza okazuje się monotonia dyskomfortu, po którym nie ma chwili prawdziwej ulgi.

Podczas wyprawy spotkał Pan delfiny, grindwale, foki. Zobaczył dzień polarny i Lofoty. Które spotkanie albo widok zapisały się najmocniej w pamięci?

Oczywiście sama droga za koło podbiegunowe była dla mnie czymś wyjątkowym. Z każdym dniem oddalałem się nie tyle od domu, ile od świata, jaki znam. Paradoksalnie jednym z najpiękniejszych wizualnie momentów w całej wyprawie nie były same Lofoty. Najbardziej zapamiętałem okolice wyspy Lovund i drogę dalej na północ. Zamiast mroku nocy niebo nabierało intensywnego, pomarańczowego światła. Na jego tle, gdzieś na horyzoncie, majaczyły błękitne zarysy wysp, a w zasadzie pojedynczych gór wyrastających wprost z morza, a ponad nimi przesuwały się małe, puszyste i zbite obłoczki. Natomiast spotkania z delfinami, puffinami czy grindwalami nie wydawały się czymś „oderwanym od rzeczywistości”. Wręcz przeciwnie – idealnie do niej pasowały.

Płynął Pan pod polską banderą, ale na maszcie znalazło się również miejsce dla flagi kaszubskiej, a łódź nosi nazwę „Stolemka”. Jak ważne było dla Pana, żeby podczas tej samotnej podróży zaznaczyć swoje związki z Kaszubami i gminą Gniewino?

Mimo że od lat mieszkam poza Polską, wciąż mentalnie czuję się mieszkańcem Gniewina. Jestem dumny ze swojego pochodzenia i związków z Kaszubami. Miejsce, w którym obecnie mieszkam, jest w pewnym sensie tylko formalnością. Moje poczucie przynależności się nie zmieniło. Mam też przekonanie, że ludzie z mojej gminy są jedyni w swoim rodzaju i nigdzie indziej na świecie nie spotka się dokładnie takich samych. Dlatego tak ważne było dla mnie, aby podczas tej wyprawy płynąć zarówno pod polską banderą, jak i z kaszubską flagą. Równie ważna jest dla mnie nazwa „Stolemka”. Nawiązuje ona do stolemów – legendarnych gigantów z kaszubskiego folkloru, mocno związanych z tożsamością mojej gminy. W przypadku mojej niewielkiej łodzi ta nazwa ma też dla mnie pewien symboliczny wymiar. Stolemka może nie imponuje rozmiarami, ale przez całą wyprawę udowodniła mi swoją niezwykłą dzielność i niezłomność. W pewnym sensie jest więc znacznie większa, niż wskazywałyby na to jej rzeczywiste wymiary.

Kiedy dziś patrzy Pan na „Stolemkę” i wspomina ponad 6400 kilometrów samotnej żeglugi, to co Pan czuje?

Myślę, że najlepiej odpowiedzieć na to pytanie, wracając do ostatnich chwil wyprawy. Do portu dopłynąłem w środku nocy, po ponad trzydziestu godzinach nieprzerwanej żeglugi. Byłem zmęczony. Na miejscu czekała na mnie żona z dziećmi, a ponieważ było późno, szybko przepakowaliśmy najważniejsze rzeczy do samochodu, chcąc jak najszybciej wrócić do domu i po prostu się wyspać. Kiedy wszystko było już gotowe i zostałem przy łodzi sam, z myślą, że wracam do domu z tą całą piękną historią, którą przeżyłem, a ją zostawiam tu samą, poczułem nagle ogromne wzruszenie. Przyszło zupełnie niespodziewanie. Przez chwilę po prostu stałem obok niej i nie wiedziałem, co zrobić. W pewnym momencie objąłem jej dziób i powiedziałem na głos tylko jedno słowo: „dziękuję”. Przez całą tę długą, ale i piękną wyprawę, w chwilach zachwytu i tych, gdy się bałem, miałem przy sobie tylko ją.

Jakie obecnie marzenia czekają na spełnienie?

Teraz chyba jest dla mnie czas, żeby zakasać rękawy i złapać życie za rogi. Chciałbym, żeby wyglądało ono trochę tak, jak wyglądało tam, na morzu. Nie dlatego, że było łatwo, wręcz przeciwnie. Były momenty strachu, zmęczenia i zwątpienia. Nawet wtedy miałem poczucie, że to ja trzymam ster i sam decyduję, w którą stronę płynę. Myślę, że zupełnie inaczej znosi się nawet najtrudniejsze chwile, kiedy ma się świadomość, że prowadzą one przez życie, które naprawdę jest własne.

Rozmawiał: Przemysław Schenk

fot. materiały prywatne

Reklama na portalu expressbiznesu.plReklama na portalu expressbiznesu.pl