Przepłynięcie 227,5 kilometra przez Morze Bałtyckie na desce windsurfingowej przyniosło Maćkowi Rutkowskiemu miejsce w Księdze Rekordów Guinnessa. W rozmowie opowiada m.in. o emocjach związanych z uznaniem rekordu czy kulisach jednej z najtrudniejszych wypraw w swojej karierze.
Przemysław Schenk
2026-08-06
4 minuty czytania
Przepłynięcie 227,5 kilometra przez Morze Bałtyckie na desce windsurfingowej przyniosło Maćkowi Rutkowskiemu miejsce w Księdze Rekordów Guinnessa. W rozmowie opowiada m.in. o emocjach związanych z uznaniem rekordu czy kulisach jednej z najtrudniejszych wypraw w swojej karierze.
Minęło dziesięć miesięcy od przepłynięcia Bałtyku do oficjalnego wpisu do Księgi Rekordów Guinnessa. Jakie emocje towarzyszyły Panu w chwili, gdy dowiedział się Pan, że rekord został uznany?
Szczerze mówiąc wzięło mnie to trochę z zaskoczenia. Byłem w trakcie przygotowań do Pucharu Świata na Fuerteventurze i zupełnie nie myślałem o rekordzie. Szczególnie, że nie mieliśmy jasnej deklaracji czy na pewno uda się go dostać ani kiedy to może się wydarzyć. Dodatkowo rekord Guinnessa nigdy nie był w sferze moich celów czy nawet marzeń, więc było to dość surrealistyczne uczucie.
Wspomina Pan, że była to najtrudniejsza i najbardziej niebezpieczna próba w całej sportowej karierze. Który moment podczas przeprawy okazał się największym wyzwaniem pod względem fizycznym lub psychicznym?
Najtrudniejsza pod względem skomplikowania przygotowań, logistyki, zabezpieczeń i spięcia całego projektu na wielu frontach. Trudna fizycznie oraz zdecydowanie trudniejsza mentalnie, niż się spodziewałem. Potencjalnie niebezpieczna, ale mocno pracowaliśmy, żeby to ryzyko zmniejszyć. Najtrudniejsze dla mnie było podjęcie decyzji o podjęciu próby w dalekich od ideału warunkach. Na co dzień jestem odpowiedzialny tylko za siebie i swoje wyniki sportowe. Tutaj musiałem wziąć odpowiedzialność za 7 osób, zbalansować presję i chęć przepłynięcia ze zdrowym rozsądkiem oraz kalkulacją ryzyka. Potem bardzo duży trud pojawił się na środku Bałyku, gdy spadły zdolności kognitywne, pojawiły się skurcze, zmęczenie i wywrotka za wywrotką, więc postęp szedł bardzo wolno. Dopiero gdy zobaczyłem przylądek Rozewie, pomyślałem, że to raczej na pewno się uda.
Za sukcesem stoi nie tylko sportowiec, ale także cały zespół. Jak wyglądały przygotowania do „Misji Bałtyk” i jaką rolę odegrał team podczas samej próby bicia rekordu?
Ostatecznie przy Misji Bałtyk pracowało ponad 20 osób. Od skipperów łodzi, które płynęły ze mną, przez ekipę mediową na ich łódkach oraz na plaży, fizjoterapeutę, ratownika, ekipę przygotowującą event na mecie, komentatorów transmisji na żywo, mój management, PR i innego rodzaju wsparcie. Do pewnego momentu oczywiście mogę w miarę wszystko kontrolować, ale gdy dopłynęliśmy promem do Szwecji wiedziałem, że mam do zrobienia swoją robotę, a w resztę muszę zostawić ludziom. Bez nich absolutnie nie byłoby tej Misji w takim kształcie, w jakim ją widzieliście.
Przepłynięcie 227,5 kilometra Bałtyku na desce windsurfingowej to osiągnięcie bez precedensu. Ten rekord traktuje Pan jako zwieńczenie dotychczasowej kariery, czy raczej początek kolejnych ambitnych projektów?
Ten rekord traktuje bardziej jako ciekawostkę, fajną odmianę od sportowej codzienności, która bywa bardzo powtarzalna i po 20 latach psychicznie męcząca. Dość szybko się nudzę więc stawianie sobie nowych wyzwań mnie napędza. Patrząc z szerszej perspektywy, daje mi to też pewnego rodzaju wyróżnienie się na tle wielu znakomitych sportowców. Tytuły mistrzowskie są oczywiście najlepszym świadectwem kariery sportowej, ale rekord Guinnessa, czy pływanie na wielkich falach Jaws na Hawajach to takie dodatkowe wisienki na torcie, które dają dużą satysfakcję.
Co chciałby Pan, aby ten rekord i cała „Misja Bałtyk” przekazały młodym sportowcom oraz osobom, które marzą o realizacji pozornie niemożliwych celów?
Warto pielęgnować marzenia, bo wkrótce może nadejść sprawczości do ich realizacji. Jeszcze kilka lat temu to była jakaś rzecz w sferze marzeń, a raczej pomysłów z gatunku science fiction. Na pierwszym miejscu musi być sport, bo to “konwencjonalne” wyniki sportowe przekonują ludzi dookoła, że warto wejść z Tobą we współpracę. Po tym, jak wygrałem Mistrzostwo Świata PWA, wiele zamkniętych do tej pory drzwi się otworzyło. Także cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość. Do tego nieporzucanie dziecięcych marzeń tylko dlatego, że wydają się odległe, nierealne czy śmieszne.