Partnerzy
  • Pracodawcy Pomorza

Wyszukiwarka

Tomasz Limon felieton
Felietony
„Finansowy thriller z nadbałtyckich plaż”

Łatwo ocenia się ekonomię z pozycji konsumenta. Widzimy cenę za sto gramów ryby i natychmiast przeliczamy ją na koszt mrożonki w miejskim dyskoncie. To jednak pułapka poznawcza, która co roku zalewa internet falą oburzenia. „Paragony grozy” z nadmorskich kurortów stały się stałym elementem wakacyjnego folkloru.

Dawid Ruszewski
2026-08-13
3 minuty czytania

Łatwo ocenia się ekonomię z pozycji konsumenta. Widzimy cenę za sto gramów ryby i natychmiast przeliczamy ją na koszt mrożonki w miejskim dyskoncie. To jednak pułapka poznawcza, która co roku zalewa internet falą oburzenia. „Paragony grozy” z nadmorskich kurortów stały się stałym elementem wakacyjnego folkloru.

Internauci chętnie tropią właścicieli smażalni, widząc w nich krezusów biznesowych. Tymczasem legalnie działający biznes nadmorski to jeden z najbardziej wymagających modeli gastronomicznych w Polsce.

75 dni na przeżycie roku

Kupując obiad nad morzem, często zapominamy, że płacimy za biznes, który musi utrzymać się z krótkiego sezonu. Dla wielu punktów gastronomicznych najbardziej dochodowy okres trwa około 70–80 dni, czyli niespełna 20% całego roku. W tym czasie przedsiębiorca musi pokryć podatki, zakup towaru, wynagrodzenia, energię oraz wysoki czynsz. W atrakcyjnych lokalizacjach dzierżawa może kosztować kilkadziesiąt, a w wyjątkowych przypadkach ponad sto tysięcy złotych za sezon. Do tego dochodzą rosnące koszty pracy, gdyż w wakacje pracownicy gastronomii oczekują wyższych stawek, a często także zakwaterowania.

Grzechy pod chrupiącą panierką

Trudno jednak bronić nadmorskiej branży bezkrytycznie. Zawiłe warunki prowadzenia biznesu nie usprawiedliwiają nadużyć. Najbardziej znanym przykładem jest tak zwana „afera dorszowa”, gdy część lokali sprzedawała tańsze gatunki ryb jako droższego dorsza. Sam wybór tańszej ryby nie jest problemem, ale stanowi to brak uczciwej informacji dla klienta. Turysta płaci nie tylko za smak, ale także za przekonanie, że otrzymuje produkt zgodny z opisem w menu. Podobnie jest z hasłami typu „ryba prosto z porannego połowu”. Rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana. Z powodu ograniczeń połowowych i zmian na rynku znaczna część ryb trafiających do gastronomii pochodzi z połowów przemysłowych i jest wcześniej mrożona. Sama mrożona ryba nie jest niczym złym. Problem pojawia się wtedy, gdy klientowi sprzedaje się zwykły produkt jako wyjątkowo świeży i lokalny.

Bezwzględna matematyka rynku

Kontrole jakości żywności regularnie wykazują przypadki nieprawidłowości w gastronomii. Nie oznacza to, że całe polskie wybrzeże oszukuje. Wielu restauratorów każdego lata walczy o jakość, klientów i dobrą reputację. Konsument patrzący na „paragon grozy” ma prawo pytać: czy wysoka cena wynika z realnych kosztów prowadzenia sezonowego biznesu, czy jest efektem wykorzystania niewiedzy klienta? Nad Bałtykiem spotyka się przedsiębiorca walczący z kosztami i krótkim sezonem oraz turysta oczekujący uczciwej ceny i informacji. Jak widać, nie zawsze jest im po drodze.

Wspólny problem

Nad wszystkimi zarówno nad restauratorami jak i turystami wisi ten sam przeciwnik – bałtycka pogoda. Kilka deszczowych weekendów może drastycznie ograniczyć przychody i plany urlopowe. Gdy plaże pustoszeją, sezonowy biznes szybko traci rentowność a rozczarowani turyści pozostający w domach szukają innych miejsc.

Reklama na portalu expressbiznesu.plReklama na portalu expressbiznesu.pl