D

Dzwonek telefonu, patrzę Barbara, koleżanka z teatru.

  • Idziemy dzisiaj do opery, mam dwa bilety?

  • Ok, wieczór mam wolny. Na co?

  • Na Kandyda.

  • Fajnie, podjadę po Ciebie, pa.

Odkładam słuchawkę.

Hmm..wiem, że to dzieło Bersteina, ale w życiu się z nim nie zetknąłem…. Sięgam machinalnie po przewodnik operowy (jestem zdecydowanie analogowy). Wertuję, znajduję, czytam. Pewnie w sieci byłoby szybciej, ale lubię tę starodawność, zwłaszcza w kontekście sztuki teatralnej.

Czuję się „przygotowany”, idę. Nagle uderza mnie myśl: czy to czasem nie przesada? Może właśnie do teatru powinienem iść nie wiedząc nic o dziele i zderzyć się z nim siedząc w fotelu widowni? Sam, nie wiem. Przecież to w założeniu ma być rozrywka, więc czy potrzeba wcześniej specjalnych zabiegów? Z drugiej strony, słuchając rozmaitych recenzji sztuk teatralnych, koncertów, oper, musicali, mam wrażenie, że znacznie lepiej byłoby, gdyby owi „recenzenci” zadali sobie trud i przygotowali się do odbioru owego dzieła…Siadamy na widowni, światło gaśnie, zaczyna się uwertura. W czasie przedstawienia obserwuję minę mojej koleżanki (uwielbiam obserwować twarze publiczności). Minę zaciętą, mówiąc najoględniej. Za to ja bawię się znakomicie. Po spektaklu, ostra dyskusja. I wtedy dochodzę do wniosku, że gdyby Baśka wcześniej przeczytała cokolwiek na temat libretta, miałaby zupełnie inny odbiór.

Tak ! Czytajmy, sprawdzajmy, przygotowujmy się do odbioru sztuki. Przyjemniej ją się wtedy konsumuje.

A Kandyd? Cóż, świetny spektakl. Brawo Opera!