Gdy przedstawiłem się Profesorowi Maciejowi Świeszewskiemu postanowiłem zapytać o sytuację meteorologiczną. Musiałem przełamać pierwsze lody i prawdę mówiąc nie pamiętam, aby twórca jakkolwiek odniósł się do aury. Artysta zaczął od razu opowiadać o sztuce i to w taki sposób, jakby malował obraz. Wypowiedzi wykładowcy ASP na początku zdawały się być chaotyczne. Z czasem zacząłem rozumieć, […]
eb
2020-04-04
9 minut czytania
Gdy przedstawiłem się Profesorowi Maciejowi Świeszewskiemu postanowiłem zapytać o sytuację meteorologiczną. Musiałem przełamać pierwsze lody i prawdę mówiąc nie pamiętam, aby twórca jakkolwiek odniósł się do aury. Artysta zaczął od razu opowiadać o sztuce i to w taki sposób, jakby malował obraz. Wypowiedzi wykładowcy ASP na początku zdawały się być chaotyczne. Z czasem zacząłem rozumieć, że ich emocjonalność ma drugie dno i pozostaje w pełni zgodna z logiką.
Okres pańskiej młodości przypadł na specyficzny czas społeczno-historyczny. Czy wydarzenia, które miały miejsce na północy kraju odcisnęły piętno na postrzeganiu świata, a może sztuki?
Każdy okres ma swój specyficzny czas. Żyłem w niezwykłych czasach przewartościowań. W czasach, w których powoli odchodziła niszczona i deprecjonowana dawna elita wraz z jej kulturą oraz osiągnięciami. Miałem to szczęście, że jako młody człowiek spotykałem na swojej drodze wspaniałych nauczycieli, którzy przekazywali mi wraz z rodzicami wartości zakodowane od dawnych lat. O dziwo w obecnych czasach spotykam całe rzesze hunwejbinów, którzy to bez żadnych zahamowani niszczą wszystko. Właściwie to nie boję się powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że dyktatura mas nabrała siły niespotykanej w swej agresji promowania własnych wartości.
Gdy rozmawialiśmy po raz pierwszy wspominał Pan o swoim pobycie na Kubie. W jakich okolicznościach Pan tam trafił?
Mój ojciec prowadził w Hawanie firmę spedycyjną -był międzynarodowym spedytorem, stąd znalazłem się tam z całym moim rodzeństwem. Klimat Hawany i jej kolory oraz wielokulturowość wywarły na mnie piorunujące wrażenie w porównaniu z ówczesną szarzyzną Polski. Tamten świat wyrafinowanej architektury, niezwykłych ludzi i wszechobecnego piękna pozostawił w mojej duszy niezwykle głębokie piętno. Pewnie było to jedno z ważniejszych doznań w całym życiu. Jednakże nigdy potem nie odważyłem się powrócić do tej – poniekąd krainy mojego dzieciństwa, która wydawała mi się rajem.
Poznał Pan również kulturę amerykańską, która wówczas, powiedzmy, że „nikomu się nie kłaniała” wyznaczając przy tym globalny trend. W jaki sposób Pan interpretował sztukę zza wielkiej wody? Czy wpłynęła ona na pańskie późniejsze dokonania?
Wyjazd do Nowego Jorku w połowie lat 70. był czymś wręcz niesamowitym. Muzea, sztuka, rozmach i cały ten zgiełk… Dla mnie przybysza zza żelaznej kurtyny było to wprost szokujące. Początkowo zachłysnąłem się tamtejszym światem sztuki. Ale szybko zrozumiałem, że moje korzenie oraz mentalność są osadzone zupełnie gdzie indziej. Inaczej zacząłem spoglądać na naszą tradycję oraz kulturę. W gruncie rzeczy dzięki podróżom głębiej zrozumiałem oryginalność polskiej sztuki. Jeszcze bardziej doceniłem wówczas Witkacego, czy Bruno Schulza. Niejednokrotnie pustka dzieł zza oceanu była dla mnie nie do zaakceptowania. Fascynacja ceną wobec niejednokrotnie poziomu cepeliady była odrzucająca. Z drugiej strony obcowałem z Baconem, Picassem i Pollockiem. Pamiętam jak na żywo miałem okazję zobaczyć olbrzymią pracę Jamesa Rosenquista w słynnej galerii Leo Castelli. Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat. Takie doświadczenie zapada w pamięci na długo. Co ciekawe ostatnim razem kiedy byłem w Nowym Jorku tę samą pracę zobaczyłem w nowojorskim MoMA wraz z synem. Historia zatoczyła koło.
Uważa Pan, że niedostatecznie potrafimy dbać o rodzimą kulturę oraz sztukę. Dlaczego pozostajemy w tej kwestii hermetyczni? Dlaczego nie potrafimy siebie docenić? Gdy o tym rozmawiamy wybrzmiewa mi w głowie pewna strofa…
„W genealogii tej określił Oryginalny naród się by, Gdyby się uczył własnej treści, Zamiast przymierzać cudze gęby…”
Mówiąc szyderczo jesteśmy narodem alchemików. Z „g” robimy złoto a ze złota „g”… Niestety brak wiedzy i poszanowania, służalczość a wręcz bałwochwalstwo wobec sztuki Zachodu wprawia mnie nieraz w poczucie dyskomfortu i zażenowania. Kiedy patrzę na sztukę Wyspiańskiego, Wróblewskiego czy Linkego to zdaję sobie sprawę jak wielkimi byli artystami. Polacy muszą sami być dumni z własnej kultury. To tutaj powstało wiele dzieł niepowtarzalnych. Przychodzi mi na myśl Malczewski, twórca niedoceniany. Dorobek, który po sobie pozostawił jest powalający.
No właśnie. Jest Pan miłośnikiem malarstwa m.in. Jacka Malczewskiego oraz Witkacego. Za co najbardziej ceni Pan ich twórczość?
Malczewski był artystą na wskroś europejskim, światowym. Jego obrazy związane z naszą tradycją są arcydziełami ducha europejskiego. Cenię go za odwagę bycia sobą i odwagę tworzenia tego co jest ponadregionalne, a zarazem duchowo wyrastające z naszego podłoża. Natomiast Witkacy to awangarda w najlepszym wydaniu. Twórca światowy, który według mnie dopiero czeka na globalne odkrycie i oddanie należytego miejsca w historii sztuki. Człowiek wszechstronny. Dramaturg, filozof i artysta jednocześnie. Ostatnio miałem wielką przyjemność uczestniczyć w obchodach 35-lecia teatru jego imienia, który działa w Zakopanem. Witkacy według mnie zasługuje na wybudowanie mu centrum dokumentacji twórczości na miarę wspaniałej krakowskiej Cricoteki.
Skoro o Witkacym – „Od genialności do trywialności jest tylko jeden krok”?
Dzisiaj trywialność zastąpiła genialność. Ta druga stała się nie do zniesienia. Zazwyczaj wzbudza wrogość i agresję. Proszę zobaczyć tylko o kim kręci się dzisiaj w Polsce filmy biograficzne…
Obecnie jest Pan związany ze środowiskiem akademickim. Jakie ma Pan przemyślenia na temat współczesnych – młodych artystów? W jaki sposób określi Pan ich podejście do sztuki?
Wykształciłem spore grono wybitnych artystów. Z tego jestem dumny. Przy pomocy Hestii i jej prezesa Piotra Śliwickiego udało mi się zrealizować pomysł konkursu na stypendium artystyczne do Nowego Jorku – w ten sposób chciałem spłacić dług wdzięczności wobec losu, który dał mi niepowtarzalną możliwość przebywania tam, gdy byłem młodym studentem. Wspólnie ze studentami zrealizowaliśmy szereg działań społecznych. Świetnym przykładem jest Klinika Hematologii Dziecięcej, której wnętrza malowaliśmy specjalnie dla najmłodszych pacjentów. Inny przykład to wnętrza Gdyńskiego Centrum Filmowego. Kiedy studiowałem starałem się realizować swoją wizję i wartości. Nigdy nie patrzyłem na mody. To jest zabójcza droga, kiedy student zamiast budować własne ja, powiela inne dusze. Zawsze zachęcałem studentów do ekspresji własnej osobowości zamiast ślepego naśladownictwa cudzych wzorów, pamiętając o przesłaniu Junga, który twierdzi że największym oszustem jest ten, który podaje cudze wartości duchowe za swoje.
Wspomniał Pan o działaniach społecznych. Odnoszę wrażenie, że inicjatywy społeczne są również ważne we wspieraniu współczesnej sztuki.
To prawda. I w tym miejscu warto wspomnieć o Panu Mariuszu Grzędzie, który wspiera wiele cennych inicjatyw związanych ze sztuką. Proszę sobie wyobrazić, że ostatnio konsultował ze mną twórczość studentów ASP w celu udzielenia finansowego wsparcia tym najzdolniejszym. Cieszę się, że istnieją jeszcze przedsiębiorcy, którzy wspierają rodzimą sztukę.
Pańska kariera trwa wiele lat. Pańskim zdaniem – jaki jest Pana największy sukces?
Że tyle lat przetrwałem na mojej ASP! To już ponad cztery dekady.
Nie może zabraknąć tego pytania ze względu na naszych czytelników. Czy inwestycja w sztukę jest inwestycją efektywną?
Zdecydowanie. To inwestycja w jedną z najważniejszych tkanek społeczeństwa. Trzeba tylko inwestować z głową. Inwestorzy powinni pamiętać także, żeby inwestować w sztukę artystów… żyjących. Ci potrzebują wsparcia finansowego. Warto poszukiwać i odkrywać nowych artystów.
Jakie korzyści niesie tego rodzaju inwestycja?
Inwestycja w sztukę to takie samo ryzyko jak gra na giełdzie. Można zarobić wielkie pieniądze, ale równie dobrze można przeinwestować… Ufajmy doradcom, ale wszystko z umiarem. Koniec końców jeżeli inwestuje się w coś naprawdę wartościowego to na końcu zawsze wyjdzie się na swoje. Wysoka cena i wysoka jakość nie zawsze idą ze sobą w parze. Jeszcze kilkanaście lat temu pastele Witkacego szły za naprawdę marne pieniądze. Obecnie są to już niekiedy setki tysięcy złotych. Prawdziwe fortuny. To pokazuje, że trzeba głębiej zrozumieć prawdziwe wartości w sztuce. Odcedzać geniuszy od fałszywych proroków, których ceny dzięki pewnym mechanizmom osiągają absurdalne wysokości. Kierujmy się więc smakiem. Proszę o tym nie zapominać i inwestować w polską sztukę, rzecz jasna.
Rozmawiamy w czasie w którym epidemia zbiera coraz szersze żniwo. W jaki sposób rozprzestrzeniający się wirus może wpłynąć na sztukę?
Epidemia paradoksalnie może nas uspokoi. Wreszcie może część ludzi zrozumie, że światy ducha, sztuki są niezastąpione. Za sprawą sztuki nasze życie nabiera innego sensu. Warto czasem zamiast do galerii handlowej wstąpić do galerii sztuki.
Na zakończenie chciałbym zapytać o pańskie marzenia. Które z nich jest dla Pana najważniejsze?
Moim marzeniem jest, aby powstało w Gdańsku muzeum sztuki współczesnej, które pokazywałoby szerokie spektrum historii sztuki właściwej dla Wybrzeża. Obawiam się, że obecnie przygotowywany oddział będzie pokazywał nieco okrojoną jej wersję. Zbyt wąską. Ale zobaczymy w listopadzie. Poczekajmy. Czekam też, żeby w Gdańsku powstał w końcu pomnik Daniela Chodowieckiego. Jednego z najwybitniejszych gdańszczan – uosobienia Europejczyka.