O dramatycznej sytuacji w branży lotniczej, ogromnych stratach spowodowanych pandemią, kontynuowanych inwestycjach infrastrukturalnych oraz prognozach na najbliższe miesiące z Tomaszem Kloskowskim, prezesem zarządu Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy, rozmawia Rafał Korbut. Trwająca już ponad rok pandemia koronawirusa wywarła bardzo duży, negatywny wpływ na branżę lotniczą. Jak ocenia Pan obecną sytuację? – Nie ma co ukrywać, że jest […]
eb
2021-05-05
8 minut czytania
O dramatycznej sytuacji w branży lotniczej, ogromnych stratach spowodowanych pandemią, kontynuowanych inwestycjach infrastrukturalnych oraz prognozach na najbliższe miesiące z Tomaszem Kloskowskim, prezesem zarządu Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy, rozmawia Rafał Korbut.
Trwająca już ponad rok pandemia koronawirusa wywarła bardzo duży, negatywny wpływ na branżę lotniczą. Jak ocenia Pan obecną sytuację?
– Nie ma co ukrywać, że jest po prostu dramatyczna. Od kilkunastu miesięcy obowiązują obostrzenia, a przypomnę, że na początku pandemii mieliśmy całkowite zamknięcie ruchu lotniczego. Branża lotnicza, w szczególności w Polsce i Europie, jest poturbowana i zmaltretowana. Tanie linie lotnicze nie dostały żadnej pomocy z zewnątrz (jedynie niewielkie wsparcie z tarcz antykryzysowych), tradycyjni przewoźnicy otrzymali dofinansowanie od swoich rządów w poszczególnych krajach. A lotniska? Jeśli chodzi o wielkie porty lotnicze, to są one w dramatycznej sytuacji. Linie lotnicze nie wykonują lotów, pasażerów nie ma, a koszty utrzymania są ogromne. Duże porty lotnicze zamykają drogi startowe, płyty postojowe, terminale. Mniejsze porty lotnicze – takie jak my – ograniczają koszty w każdym zakresie. A najmniejsze porty nie mają obecnie żadnych lotów. W praktyce zatem branża lotnicza jest w fatalnej kondycji.
Patrząc na dane finansowe za I kwartał bieżącego roku spadki w porównaniu do tego samego okresu w roku ubiegłym są ogromne – spadek liczby pasażerów wyniósł blisko 90 proc.! To musiało bardzo mocno odbić się na kondycji finansowej spółki.
– Oczywiście. Lotnictwo w Polsce zostało zamknięte w połowie marca ub. roku. Co istotne, w statystykach jest uwzględniony styczeń i luty 2020 roku, a to był jeszcze bardzo dobry czas dla nas. Podkreślam, że przed pandemią byliśmy firma rentowną, notowaliśmy 50 mln zł zysku netto. Dziś odprawiamy 10 proc. tego, co powinniśmy. Zasada jest prosta – nie mamy pasażerów, to i nie mamy przychodów. Każdego miesiąca generujemy 5 mln zł strat. I to jest prawdziwa skala tej pandemii dla takiego lotniska, jak nasze.
Jak władze portu lotniczego poradziły sobie w tej nadzwyczajnej sytuacji, jakie podjęto działania?
– Wszystko, co możemy zrobić, to maksymalnie ograniczyć koszty. I to zrobiliśmy w każdym obszarze kosztowym. Jedyny obszar, którego nie ruszałem w dramatyczny sposób, to obszar ludzki. Wyszkolenie pracownika, który mógłby zostać zatrudniony, gdy zacznie wracać koniunktura, trwa ok. dwóch lat. Gdybym zakładał, że pandemia potrwa 3, 4 czy 5 lat, to wtedy można by takie ruchy podejmować. Ale zakładam i mam nadzieję, że w 3 lata odrobimy tę pandemię i tych pracowników zwyczajnie będę potrzebował. Nie robiłem więc cięć kadrowych.
fot. Renata Dąbrowska
To działania w obszarze kosztowym. A co się zmieniło, jeśli chodzi o obszar przychodów?
– Do tych kwestii także podeszliśmy w sposób odpowiedzialny. Jeśli np. mam kontrahentów, którzy żyją z tego, że obsługują pasażerów (choćby sklepy, restauracje, sklepy wolnocłowe, parkingi, itd.) i dzielą się tym obrotem, który jest razem z nami (lotniskiem) wypracowany, to nie wyobrażam sobie, żebym pobierał od nich opłaty w pełnej wysokości, gdy oni także nie mają pasażerów. W związku z tym, z każdym indywidualnie zawieraliśmy porozumienia i zwalnialiśmy z opłat tam, gdzie zarobek zależy od pasażera. Oczywiście nie ukrywam, że musiałem wziąć kredyt w banku – to było niezbędne w obecnej sytuacji. I tu muszę podkreślić, że współpraca z bankiem układa się doskonale. To coś, co bardzo sobie cenię. Bo w dobrych czasach wszystko jest proste, ale szczególnie ważne jest to, jak instytucje finansowe zachowają się w czasach kryzysu.
A jak ma się sprawa z inwestycjami realizowanymi w gdańskim porcie lotniczym?
– Wszystkie inwestycje, z wyjątkiem trzech głównych (budowa biurowca Alpha, rozbudowa terminalu pasażerskiego oraz hangaru lotniczego) zostały wstrzymane. Natomiast wstrzymywanie rozpoczętych tych dużych inwestycji infrastrukturalnych, o których wspomniałem, nie miałoby sensu. To są zadania długoterminowe, nawet na kilkadziesiąt lat. Dlatego są one realizowane zgodnie z planem. Wprawdzie są pewne opóźnienia, ale wynikają one z faktu, że spora część dostaw idzie z Chin, a na rynku chińskim, jeśli chodzi o logistykę, są pewne problemy. Ale nie wpływa to generalnie na całokształt inwestycji i na przełomie II i III kwartału będziemy oddawali budynek biurowy Alpha, a na przełomie roku pirs.
Warto wspomnieć o operacjach cargo – przewóz ładunków wzrósł. Czy zatem przewóz towarów będzie stawał się stopniowo coraz bardziej znaczącą dziedziną dla portu lotniczego w Gdańsku?
– Tu trzeba podkreślić, że od połowy marca do końca czerwca ub. roku trzymaliśmy lotnisko otwarte wyłącznie dla ruchu towarowego. Wtedy też zostały pandemicznie przerwane łańcuchy dostaw do niektórych przedsiębiorstw. I my zaczęliśmy pełnić funkcję użyteczności publicznej, czyli staraliśmy się, aby firmy mogły dalej funkcjonować i produkować – bo zaopatrywanie w tamtym czasie odbywało się wyłącznie dzięki przewozom cargo. Natomiast musimy sobie jasno powiedzieć, przewozy cargo u nas to głównie przesyłki kurierskie. I to one rosną. W pandemii – co obserwujemy cały czas – handel hurtowy i detaliczny wzrósł, bo wszyscy kupują z domów. I to widać właśnie we wzroście przewozów cargo. Ale przewóz towarów to zaledwie 1,5 proc. naszych dochodów. Co oznacza, że nawet, gdyby dochody z tego tytułu wzrosły dwukrotnie, to nie uratujemy firmy, bazując na tym.
Czyli obecnie sytuację można podsumować następująco: oczekiwanie na zniesienie obostrzeń, wznowienie lotów i odbicie po pandemii?
– Przykłady chińskie pokazują, że to odbicie prawdopodobnie będzie bardzo silne. Zresztą tak na logikę, gdy ludzie są zamknięci przez kilkanaście miesięcy, to później chcą się kontaktować ze światem, ze znajomymi, z rodzinami. I do tego częściej, niż robili to wcześniej. Na rynku chińskim, gdzie pandemię udało się opanować, tę euforię i radość wyraźnie widać, tamten rynek już się odbudował, jeśli chodzi o ruch krajowy. Oczywiście Chiny są specyficzne, ponieważ jest to duży kraj i tam samolot jest wykorzystywany trochę jak autobus czy pociąg, do przemieszczania się po kraju. Gdy więc ten ruch krajowy został odblokowany, odbudował się w bardzo krótkim czasie i jest na takim poziomie, jak cały ruch przed pandemią! Co to dla nas oznacza? Jak tylko obostrzenia zostaną zniesione, to będzie mnóstwo kontaktów krajowych i w następnym etapie kontakty zagraniczne. Patrząc na inne kraje europejskie i luzowanie obostrzeń myślę, że już w wakacje zaczniemy przyjmować pasażerów na nieco większą, masową skalę. Zależy to jednak nie tylko od naszego kraju, ale od otwarcia innych krajów na mniej więcej jednolitym poziomie.
Patrząc zatem na to, co się dzieje obecnie i na stopniowe znoszenie obostrzeń przez rząd, czego możemy się spodziewać w najbliższych miesiącach? Jak się przygotowujecie do tego „boomu”, który nas czeka?
– My jesteśmy cały czas, od roku, na to gotowi. Linie lotnicze też są przygotowane. Na płycie stoi ponad 20 samolotów, które w ciągu 1 – 2 dni mogą wejść w rozkłady lotów. Załogi czekają na stand-by’u, obsługa lotniska też czeka w gotowości, infrastruktura jest przygotowana (a nawet nieco poprawiona w czasie pandemii). Lotnisko i wszystkie firmy lotniskowe są gotowe, brakuje nam „tylko” pasażerów. Czekamy na sygnał, kiedy będziemy mogli zacząć normalnie pracować.
Jak Pan ocenia, ile czasu może zająć czasu odrabianie strat po pandemii?
– Szacuję, że około 3 lat. My oczywiście mamy swój dalekosiężny master-plan na kolejne 30 lat, w którym przygotowany jest rozwój lotniska w zależności od zwiększającego się ruchu lotniczego. Ale ten plan – jeśli prawdziwe się okaże moje prognozowane wyjście z pandemii właśnie w ok. 3 lata – przesuwa się de facto o 4 lata (rok pandemii oraz czas wychodzenia z tego kryzysu). Po tym okresie powinniśmy dojść do poziomu z roku 2019, czyli 5,4 mln pasażerów rocznie. To wszystko jest jednak ściśle związane natężeniem z natężeniem ruchu pasażerskiego. Czekam więc z niecierpliwością ma powrót do normalności i na odbudowywanie normalnych kontaktów międzyludzkich.