Partnerzy
  • Pracodawcy Pomorza

Wyszukiwarka

Lifestyle
Broda i włosy jak wizytówka

Są takie miejsca, do których wchodzisz i wiesz, że jesteś u siebie. Taką przestrzeń stworzył Maciej, założyciel Fryzjerni Portowej w Gdyni. Nie chce być przedstawiany z nazwiska, woli figurować jako Mikey Barberos, bo tak identyfikuje się w sieci. Przekraczając próg tego miejsca od razu wiesz, że nie jesteś tylko u barbera – jesteś w bezpiecznej […]

Dawid Ruszewski
2023-04-25
12 minut czytania

Są takie miejsca, do których wchodzisz i wiesz, że jesteś u siebie. Taką przestrzeń stworzył Maciej, założyciel Fryzjerni Portowej w Gdyni. Nie chce być przedstawiany z nazwiska, woli figurować jako Mikey Barberos, bo tak identyfikuje się w sieci. Przekraczając próg tego miejsca od razu wiesz, że nie jesteś tylko u barbera – jesteś w bezpiecznej i przyjaznej przestrzeni. Jak wygląda budowanie takiego biznesu w Polsce i co trzeba zrobić, aby był on opłacalny? Przede wszystkim jednak – czy to faktycznie tylko biznes?

Jest rok 2016. W Gdyni, przy Portowej, powstaje Old School Barber Shop&Tattoo Ink. Jeszcze wtedy Maciej, który poprzednie dwadzieścia lat życia spędził poza granicami kraju, nabywając doświadczenie i chłonąc ideę barber shopów, nie myślał, że kilka razy będzie zmieniał miejsce zakładu. I to w obrębie jednej ulicy. Wtedy po prostu postawił wszystko na jedną kartę albo wyjdzie, albo zawinie się stąd i wróci za granicę. – Miałem wszystko wyliczone. Dałem sobie półtora roku. Jeśli w tym czasie by to się nie rozkręciło, wiedziałem, że pakuję się i wracam na Wyspy – słyszę.

Popularny Mikey. Dziś ma 55 lat i jest chyba najprężniej rozwijającym się barberem w Trójmieście. Jest rozpoznawalny, angażuje się nie tylko w biznes, ale też w różnego rodzaju akcje pomocowe związane ze sportem, zwierzakami i dziećmi. Wszystko to, co osiągnął, zawdzięcza wyłącznie swojej ciężkiej pracy. Ale też samozaparciu. Bo gdyby nie ono, marzenia pewnie nigdy by się nie spełniły.

Łatwo nie było

– Zawsze chciałem pracować jako fryzjer. Miałem do tego smykałkę. Od dzieciaka do tego dążyłem, ale przy okazji toczyłem boje z ojcem – wspomina Mikey. – Wiesz, to były czasy, kiedy zawód fryzjera kojarzył się jednoznacznie z homoseksualizmem. I przez takie historie wiele talentów poszło w cholerę. Nie tylko w tym, ale w wielu innych zawodach. Ja się jednak uparłem. Pewnego dnia, kiedy w wypadku zginął mój brat, a rok wcześniej nagle zmarł ojciec, stwierdziłem, że nie mam tu czego szukać i chcę zmienić swoje życie, no i wyjechałem. Berlin, Holandia, Wyspy.

Po przyjeździe do stolicy Niemiec zaczęło się szukanie pracy. Łatwo nie było, ale Mikey w końcu dopiął swego. Zahaczył się w jednym z salonów. Początkowo jednak kompletnie nie był związany z barberingiem. Przez dwa lata był fryzjerem damskim. W międzyczasie jednak pojechał na wycieczkę do Holandii. Tam wszedł do barber shopu i oszalał. – Nie wierzyłem w to, co ten facet robił na głowie – mówi mi Barberos. Zapytał, czy może zostać, bo chce się tego nauczyć. Mógł. Szkolił się, chłonął. Jak stwierdza, później też na pewno miał sporo szczęścia, które pomogło mu się piąć i rozwijać, aby w końcu dotrzeć z powrotem do Polski i stworzyć swoje miejsce. – To też zasługa mojej córy, która powiedziała, że czas na rozwój barberingu w kraju. To był jeden z bodźców, który mnie sprowadził do domu – stwierdza.

Jeszcze będąc na Wyspach zaczął się rozglądać za lokalem. Chciał jechać do Gdańska. Mimo że jest z Poznania, wiedział, że chce kiedyś mieszkać w Trójmieście. Padło jednak na Gdynię – znów wszystko dzięki córce, która powiedziała, że to miasto bardzo się zmieniło. – Wybrałem miejsce przy Portowej, obok Blues Clubu, bo pasowało mi do tego oldschoolowego klimatu, w którym się obracałem – opowiada Mikey. Już wtedy była to obecna lokalizacja, przy Portowej 11.

Na wariackich papierach

Jednak nie była to wtedy jeszcze Fryzjernia Portowa, do której historii przejdziemy niebawem. Wówczas, w 2016 lokal nazywał się Old School Barber Shop & Tattoo Ink. Był to barber ze studiem tatuażu, ale na przestrzeni kolejnych lat wszystko ewoluowało w stronę klasycznego golibrody. Od otwarcia Maciej zmieniał lokal czterokrotnie. To było jak na wariackich papierach. Wszystko w obrębie jednej ulicy. Najpierw trzeba było znaleźć coś większego. Postawił na lokal przy Portowej 6, w Kamienicy pod Orłem. Później nowe miejsce całkowicie zalało, więc nastąpiła konieczność powrotu na stare śmieci. I tak w kółko coś. Aż do momentu na chwilę przed pandemią. Wtedy to rozpoczął się remont miejsca, w którym działa dziś. Już jako Fryzjernia Portowa.

Z tą nazwą wiąże się pewna historia. Mikey Barberos nie miał pojęcia z jaką legendą przyjdzie mu się zmierzyć, ani że będzie musiał zmienić nazwę lokalu. Wszystko jednak stało się jasne, kiedy pewnego razu wszedł do Blues Clubu i zobaczył gigantyczne zdjęcie zakładu z okresu międzywojennego. Okazuje się bowiem, że lokal, w którym dziś prowadzi biznes był pierwszym gdyńskim fryzjerem. Działał od 1929 i nosił nazwę… Fryzjerni Portowej. Historia zatoczyła koło.

Ale nie byłaby ona tak dobra, gdyby nie samo nastawienie Maćka. – Pierwsze miesiące po powrocie byłem chodzącym atomem – wspomina. Był tak szczęśliwy z powrotu. Mimo że nikogo nie znał, szybko zaczął nawiązywać znajomości. Jego energia znacznie różniła się od tej, którą znamy na co dzień. Przyjechał nie tylko z zagranicznym warsztatem i know-how. Przyjechał też z tamtejszym nastawieniem. Ludzie zaczęli o nim mówić – o jego historii, miejscu, które stworzył, atmosferze, która tam panuje. Sam kręcił się w po całym Trójmieście, nawiązując nowe kontakty. Tak, krok po kroku, Fryzjernia rosła w siłę.

Jak słyszę w trakcie rozmowy, nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie ludzie, którymi się otoczył. Na początku pomagała mu córka, Angela, która rozwinęła to miejsce pod kątem medialnym. Następnie doszła ekipa z Portowej, a na końcu jego ówczesna partnerka – dziś żona – Monika, która od czterech już lat pomaga mu to wszystko ogarniać. Mówi, że gdyby nie ci ludzie, historia mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej.

– Cieszy mnie fakt, że z jednoosobowej firmy powstał rodzinny interes, a ludzie pracujący ze mną przy Portowej 11, stworzyli dobrze zgrane i lojalne grono przyjaciół, którzy świetnie czują się w tym miejscu – opowiada Maciek. – Dzięki temu wy, klienci, możecie doświadczać magii tego miejsca, sami też ją tworzycie, a przy okazji całkowicie chłoniecie klimat, który tam panuje.

Mikey nie ukrywa, że bał się. Bał się tego, czy faceci są gotowi chodzić do fryzjera. Myślał, że wciąż chodzi się do przysłowiowej pani Joli na damski, mówi się, że boki krótko, góra trochę dłużej i będzie dobrze. Był to okres, w którym na szczęście zaczęło się to zmieniać, a samo strzyżenie męskie zaczęło rosnąć w siłę. Sama świadomość mężczyzn odnośnie do dbania o siebie wzrosła. To była pierwsza iskra, już wiedział, że będzie dobrze.

Poczuj się jak w domu

Fryzjernia Portowa jest miejscem wyjątkowym. I tu nie chodzi wyłącznie o jakość usług, które są na najwyższym poziomie. Nieważne u kogo usiądziesz na fotelu zawsze wyjdziesz zadowolony. Jednak największą siłą tego miejsca jest atmosfera. To ona sprawia, że klient czuje się tam jak w domu, wśród najbliższych znajomych. Wchodząc przez te szklane drzwi, jesteś u siebie. Wiesz, czujesz, że nikt tu nie ocenia, każdy może być sobą, z każdym możesz pogadać, pożartować, a przy okazji wyjdziesz ze świetną fryzurą i zadbaną brodą.

– Macie szczęście, że pracowałem za granicą – powiedział kiedyś do pracowników. W tym szczęściu zawiera się wiedza i doświadczenie, ale też podejście do zawodu, klienta i pracownika. No i atmosfera. Ale atmosfery nie będzie bez odpowiedniego charakteru. Tak szefa, jak i zespołu. – Wiadomo, musiałem na początku parę razy kogoś skarcić, to normalne, ale dzięki temu szybko wszystko weszło na odpowiednie tory – dodaje.

Takie miejsca to także dowód na to, jak bardzo zmieniło się podejście konsumenta do usług wszelkiego rodzaju. Mamy coraz większą świadomość tego, że dobry fachowiec kosztuje. Mamy też świadomość tego, że korzystanie z ich usług wpływa korzystnie na nasze samopoczucie, kształtuje też w pewnym stopniu styl życia. Gdzieniegdzie w przestrzeni Fryzjerni można zauważyć hasło “tani fryzjer nie dobry, dobry fryzjer nie jest tani”. Nieustający ruch w tym miejscu pokazuje, że mężczyźni, klienci, mają tego świadomość.

To nie są tylko włosy

Łatwo jest osiąść na laurach. Mikey mógłby to zrobić. Odłożyć nożyczki, rozładować maszynki. Usiąść w fotelu i tylko liczyć kolejne złotówki. Tyle tylko, że on jest cały czas głodny. Wiedzy, rozwoju i przekazywania swoich umiejętności kolejnym ludziom. Właśnie rusza z dwoma nowymi projektami.

Pierwszy jest skierowany do tych, którzy chcą coś zmienić w swoim życiu. – Otwieram nowy lokal, obok Fryzjerni. Będę szkolił ludzi razem z kumplem z Poznania – opowiada, a w jego głosie słychać narastającą ekscytację. – Wkur… cię szef, chcesz zmienić swoje życie czy masz jakikolwiek inny powód. My dajemy ci możliwość tej zmiany – deklaruje. Szkolenia będą dla osób pracujących, tylko w weekendy. Ale będą też szkolenia dla młodych, którzy chcą wejść w ten zawód, bo ich pasjonuje. To bardzo wymagający zawód – nawet kilkanaście godzin na nogach. Jednak też chyba idealny dla tych, którzy uwielbiają kontakt z drugim człowiekiem.

Co ciekawe, wszystko ponownie zostaje w rodzinie. Rzeczony kumpel to Adrian Sołtys, znany jako sailor_cut. Prywatnie partner córki Barberosa, Angeli, z którą mają syna. Mikey jest już zatem dumnym dziadkiem. Dziadkiem z werwą, który wciąż poszukuje nowych wyzwań.

Drugi pomysł to peruki dla aktywnych mężczyzn. Tak zwane systemy, po których nie sposób poznać, że to nie są nasze prawdziwe włosy. – Przychodzisz do mnie, ja ci to zakładam, po miesiącu wracasz, czyścimy, układamy i masz spokój na kolejne trzydzieści dni – słyszę. – Nie ma opcji, aby ktokolwiek zauważył, że to nie są twoje włosy.

Mikey ma już pierwsze cztery osoby, które testowo zrobiły sobie takie systemy. Ich życie zmieniło się nie do poznania. Odzyskali chęć do życia, energię, radość. Mało tego, aby pokazać, że to nic takiego, Maciek sam planuje pokazać wszystko od zera. Zgoli włosy, założy na siebie perukę i nagra filmik, który pokazuje, jak to działa i że nie ma żadnej możliwości, aby takie włosy spadły z głowy. – Będę nurkował, czesał, robił wszystko, aby przekonać, że to działa i że to świetna opcja dla tych, którzy borykają się z brakiem włosów na głowie – zapewnia.

Należy pamiętać, że łysienie to nie tylko kwestia genów, ale też chorób. I nie, to nie są tylko włosy. To wizytówka. Podobnie jak buty czy zegarek. Włosy dodają pewności siebie. – Nie każdy chce się zgolić na pałę, nie dla każdego brak włosów jest prosty do zaakceptowania – mówi mój rozmówca. To prawda. Wielu mężczyzn utratę włosów znosi bardzo źle. To nierzadko prowadzi nawet do ciężkich zaburzeń psychicznych. Zatem w tym przypadku barber staje się niejako przedprożem psychologa.

W pogoni za marzeniami

Prowadzenie biznesu nie jest łatwe. Zwłaszcza w Polsce. Potwierdza to mój rozmówca, który zwraca uwagę na biurokrację i ciągłe podwyżki dla wszystkich, bez względu na przychody. Po drodze była jeszcze pandemia. – Covid przyszedł praktycznie w momencie, kiedy mieliśmy przenosić się do obecnego lokalu. Wtedy też pojawiła się opcja na Booksy, która umożliwiała wykupić usługę na przyszłość. W ten sposób otrzymaliśmy dodatkowe 25 tysięcy złotych. Niesamowite, po prostu. To pozwoliło bezstresowo nie tylko utrzymać lokal, ale też pracowników – opowiada.

Mikey Barberos ma niezwykłą wdzięczność do każdego z klientów i pracowników. Ma świadomość tego, że gdyby nie oni, nie mógłby się rozwijać, ale przede wszystkim nie otworzyłby Fryzjerni Portowej. Z drugiej jednak strony to jest transakcja wiązana – jeśli usługa nie byłaby satysfakcjonująca, klienta by nie było. – Tak, to prawda, ale to wciąż nie zmienia faktu, że istniejemy dzięki wam, ponieważ wracacie. A to, że wykonujemy nasze usługi dobrze? To jest w końcu nasza robota – śmieje się.

W międzyczasie Maciek wraz ze swoją barberską świtą pomaga. Sportowcom, zwierzakom, dzieciom. Zapytany o to, skąd biorą się pomysły, odpowiada bez wahania, że z fotela. Z rozmów rodzą się inicjatywy. I tak powstało wsparcie dla rugbistów, rugbistów na wózkach inwalidzkich, tak zrodziły się inicjatywy dla Ciapkowa czy dla dzieciaków z domów dziecka. – To jest dla mnie ogromna satysfakcja, że stać mnie na to, aby komuś pomóc – mówi.

Zapytałem Maćka czy ma jeszcze jakieś marzenia związane ze swoim zawodem. Ma mnóstwo pomysłów, inicjatyw, akcji. Gdzie jest sufit? Gdzie jest to, czego jeszcze nie zrealizował? W odpowiedzi dostałem długą pauzę. – Dobre pytanie. Nie wiem, ale w tej odpowiedzi nie było pewności. Po chwili dodał: – Wiesz, tak naprawdę chciałbym móc jak najdłużej robić to, co robię. Kocham to, kocham ludzi. To daje mi ogromną satysfakcję.

Reklama na portalu expressbiznesu.plReklama na portalu expressbiznesu.pl