W ferworze ostatnich przygotowań do premiery „Rigoletto’ w Operze Bałtyckiej, między próbami scenicznymi, przymiarkami kostiumów, wywiadami prasowymi udaje mi się na moment zatrzymać w foyer teatru legendę gdańskiej sceny operowej – Leszka Skrlę. Solistę, który zrobił ogromną karierę śpiewaczą, znany jest w całej Polsce, ale nigdy nie zdradził macierzystej sceny w Gdańsku. Barytona, który zaśpiewał […]
Dawid Ruszewski
2023-07-20
5 minut czytania
W ferworze ostatnich przygotowań do premiery „Rigoletto’ w Operze Bałtyckiej, między próbami scenicznymi, przymiarkami kostiumów, wywiadami prasowymi udaje mi się na moment zatrzymać w foyer teatru legendę gdańskiej sceny operowej – Leszka Skrlę. Solistę, który zrobił ogromną karierę śpiewaczą, znany jest w całej Polsce, ale nigdy nie zdradził macierzystej sceny w Gdańsku. Barytona, który zaśpiewał największe role, a prywatnie pozostaje skromnym, uśmiechniętym człowiekiem.
Pogadamy moment?
Wiesz, że mam kilka minut…
Ok, wykorzystam je… Która to premiera „Rigoletto” w pańskiej karierze?
Premiera czwarta natomiast realizacja chyba siódma.
Która z nich była największym wyzwaniem, najtrudniejsza?
Największym wyzwaniem była realizacja krakowska. Scenograf zafundował nam mocno industrialną scenografię na różnych wysokościach. Ponieważ mam lęk wysokości było to dla mnie dodatkowo trudne.
Od strony muzycznej, któraś z realizacji była łatwiejsza czy trudniejsza?
Verdi zasadniczo jest wokalny i nie powinien nastręczać trudności wykonawczych oczywiście pod warunkiem, że posiada się odpowiednią technikę.
Który to sezon artystyczny w pana karierze?
Mówimy o debiucie afiszowanym?
Co to znaczy?
Kiedyś za debiut uważano pierwszy spektakl czy koncert, na którego plakacie czy afiszu widniało nazwisko debiutanta. W moim wypadku zdarzyło się to w 1987 roku, notabene zastępowałem samego Andrzeja Hiolskiego. Śpiewałem wprawdzie dużo wcześniej jednak oficjalnie dzisiaj podaję, że 36 lat jestem w zawodzie.
A ten oficjalny debiut to w czym?
W „Królu Edypie” Strawińskiego.
Ma pan za sobą karierę żołnierza zawodowego. Skąd zatem śpiew, jak się to zaczęło?
Tak, ale proszę pamiętać, że jestem muzykiem wojskowym. Nie miałem bezpośredniego kontaktu z regularna armią, nie strzelałem z armaty (śmiech)…
Ale już z pistoletu tak?
Owszem, chodziliśmy na strzelnicę. Powiedziałbym, że to była bardziej praca przy wojsku, a nie w wojsku. Natomiast co z tego okresu wyniosłem to tzw. dryl wojskowy.
Czyli coś, co jest niezbędne w pracy w teatrze?
Tak, to podstawa. Teatr wymaga pewnej regularności I porządku.
To skąd to śpiewanie?
Wcześniej próbowałem sił i w chórach i solo, wystąpiłem nawet na dwóch festiwalach piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu, na których zdobyłem złote pierścienie. Moja nauczycielka fortepianu słysząc mnie na którymś z wojskowych koncertów powiedziała: „Leszku, masz kawał głosu, spróbuj co ci zależy?”. Podszedłem do tego swobodnie, bez ciśnienia, gdyż miałem pracę zawodową i do tego grałem tzw „chałtury” – wesela, jako frontman na gitarze basowej. Więc śpiew jawił mi się tylko jako dodatkowa umiejętność, bez której świetnie i tak sobie radziłem.
Kiedy zaczęła się profesjonalna przygoda ze śpiewem?
Już w Akademii Muzycznej. Pierwszy rok uczyłem się u samego Floriana Skulskiego. Naszego doskonałego barytona, który święcił triumfy na scenie Opery Bałtyckiej. Potem trafiłem do as. Andrzeja Koseckiego, także doskonałego śpiewaka. A na zakończenie studiów zderzyłem się z prof. Piotrem Kusiewiczem, gdzie pracowaliśmy nad partiami operowymi i od tego momentu poszło już jak ogień.
Po studiach od razu był etat w Operze Bałtyckiej?
Tak, to mój do dziś dnia macierzysty teatr.
Poza Gdańskiem zaśpiewał Pan we wszystkich teatrach operowych w Polsce?
Zgadza się.
Nie było zatem nigdy pokusy aby zacząć karierę na zagranicznych scenach?
Miałem takie propozycje, były one bardzo poważne. Ja jednak dobrze czuję się tutaj w swoim kraju. Wiadomo, człowiek jeździ za granicę, ale zawsze jest tam traktowany jak obcy. Nie chciałem tego doświadczyć!
Jest pan też pedagogiem, skąd zamiłowanie do uczenia.
Lata temu prof. Piotr Kusiewicz zaproponował mi asystenturę. Podobną propozycję dostałem z Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Więc mogłem już wybierać. De facto najpierw związałem się z Bydgoszczą, jednak nieco później rozpocząłem pracę także w moim Gdańsku.
Co fascynuje w uczeniu?
Rozwój studenta. Pod warunkiem, że mam kandydata czy kandydatkę, z którym, bądź którą mamy porozumienie. Wtedy te efekty są widoczne, a czasem nawet spektakularne.
Pana największe osiągnięcia zawodowe?
Zacznę od pedagogicznych. Nie wynik na egzaminie końcowym mojego studenta jest tak istotny ale to czy dany śpiewak znajdzie się na rynku pracy. Dopiero to weryfikuje czy proces kształcenia był właściwy. Mam sporo absolwentów, którzy robią kariery. To poczytuję za swój sukces.
A sukcesy operowe?
Cóż, myślę, że zaśpiewanie tytułowego Falstafa w operze Verdiego. Wielkie wyzwanie dla barytona. Z reżyserem Maciejem Prusem robiliśmy to kilka lat temu.
Gdzie?
W Operze Nova w Bydgoszczy. Było to wielkie wyzwanie rzekłbym wokalno teatralne. I oczywiście moja ulubiona partia czyli właśnie Rigoletto.
Pięknie dziękuję za rozmowę i rzecz jasna życzę wielu kolejnych sukcesów artystycznych.