P

Paweł Adamowicz, ówczesny prezydent Gdańska chciał pozyskać inwestorów i stworzyć miejsca pracy. To był cel, do realizacji którego potrzebował ludzi. Na początku było ich czworo. Wypracowali koncepcję, przedstawili szefowi, a on dał zielone światło. Tak zrodziła się spółka Invest GDA. O jej początkach opowiada w rozmowie z Marcinem Dybukiem Alan Aleksandrowicz, prezes firmy.

InvestGDA obchodzi w tym roku 15 urodziny. Pan jest związany z firmą od początku.  Jak wszystko się zaczęło?

Usiedliśmy w gronie kilku osób i zastanawialiśmy się co zrobić, aby przyciągnąć inwestorów, przemysł jak i nowoczesne usługi. Widzieliśmy, że poszczególne projekty trafiają do Polski, ale niekoniecznie do Gdańska, mimo, że starano się przygotowywać odpowiednie tereny. Sam uczestniczyłem w procesie uruchamiania 3-4 lokalizacji w Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Niestety, nie poszły za tym żadne inwestycje. Zaczęliśmy podpatrywać poczynania innych. Punktem odniesienia był Wrocław, który powołał Agencję Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej. To było zbrojne ramię miasta, ale też okolicznych gmin, do pozyskiwania projektów inwestycyjnych. Nasz kolega, który był prezesem tej spółki, wprowadził nas w szczegóły jej funkcjonowania. Wraz z innymi osobami odwiedziliśmy siedzibę ARAW. Potem postanowiliśmy powołać podobną spółkę.

Podczas Gali Pracodawców Pomorza mówił Pan, że ojcem InvestGDA był śp. Paweł Adamowicz. Kto był w pierwszej grupie osób, które pojechały do Wrocławia i potem działały w Gdańsku?

Prezydent zawsze wyznaczał cel, a tym w tym przypadku było pozyskiwanie inwestorów i stworzenie miejsc pracy. W pierwszej ekipie, która pracowała nad InvestGDA znajdowali się: Marcin Szpak, Andrzej Bojanowski, Iwona Bierut oraz ja. W tym składzie pracowaliśmy nad koncepcją. Bazując na wrocławskich doświadczeniach, Agencji Rozwoju Pomorza i Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, postanowiliśmy stworzyć studium wykonalności projektu. Zaangażowaliśmy do współpracy pracowników naukowych z Uniwersytetu Gdańskiego. Wspólnie, po przygotowaniu koncepcji zagospodarowania pierwszych, potencjalnych terenów inwestycyjnych przedłożyliśmy projekt prezydentowi. Wtedy dostaliśmy zielone światło.

Co było najtrudniejsze?

Mieliśmy świadomość, że dla powodzenia przedsięwzięcia będziemy musieli pozyskać środki i ponieść duże nakłady na uzbrojenie terenów inwestycyjnych. Wprawdzie posiadaliśmy w mieście tereny z planami zagospodarowania przestrzennego, ale bez infrastruktury. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżali potencjalni inwestorzy, okazywało się to problemem. Niestety, miasta nie było stać na uzbrojenie terenów. My jako spółka otrzymaliśmy niewielką kwotę na działanie, nieco ponad milion złotych. Środki co miesiąc topniały ze względu na stałe koszty operacyjne itd. Oprócz wkładu finansowego dostaliśmy pierwszy, nieprzygotowany oraz nieuzbrojony teren inwestycyjny, mający status specjalnej strefy ekonomicznej. To były 52 hektary w Kokoszkach. Musieliśmy działać nieszablonowo oraz innowacyjne, żeby mimo niewielkich środków, nie przejeść ich i nie zakończyć działalności po 12 miesiącach.

Na czym polegała nieszablonowość i innowacyjność?

Mieliśmy koncepcję na uzbrojenie terenów. Zaczęliśmy walczyć o różne projekty inwestycyjne. Takim breaking pointem było spotkanie z firmą Weyerhaeuser obecnie International Paper, która rozważała w naszej lokalizacji budowę fabryki. Interesowało ich 10 hektarów. Udało nam się przekonać inwestora, żeby wpłacił wysoką zaliczkę przy podpisywaniu umów przedwstępnych. W zamyśle środki miały zostać od razu zainwestowane w uzbrojenie choć części terenu. Amerykanie nam zaufali i zgodzili się na takie rozwiązanie. Niestety, prawie natychmiast pojawiły się protesty społeczne. W materiałach informacyjnych o projekcie pojawiło się słowo, którego nie można używać w tej części Polski, czyli celuloza. Mieszkańcy byli przekonani, że stworzymy tam drugie Świecie, z wielkimi niedogodnościami. To była droga przez mękę. Zanim otrzymaliśmy pozwolenie na budowę, w prawie każdej kwestii, która wymagała wydania decyzji trafialiśmy ze sprawą do sądu administracyjnego. To przedłużyło projekt, co narażało nas na utratę inwestora i w rezultacie konieczności zwrotu zaliczki. Na szczęście Amerykanie się nie wycofali, a nam udało się zbudować relacje z mieszkańcami. 

Musiał Pan być wtedy nieźle zestresowany.

To prawda. Amerykanie inwestowali wielkie pieniądze i wiedzieliśmy, że gra toczy się nie tylko o tą konkretną inwestycję, ale także o naszą przyszłość.

Kiedy ukończyliście projekt było łatwiej?

Tak, to był przełomowy moment. Pojawiły się kolejne firmy, które chciały inwestować na naszym terenie. Za tym przyszły pieniądze na rozwój. Mogliśmy przeprowadzić pełny zakres przebudowy infrastruktury. Na terenie, który nazywamy Parkiem Przemysłowo-Technologicznym „Maszynowa”, obecnie znajduje się kilkadziesiąt podmiotów, które zapewniają zatrudnienie kilku tysiącom osób. Projekt zapoczątkował duże zmiany w tej części Gdańska. Jego rozwój zaskutkował między innymi rozbudową ulicy Kartuskiej oraz innymi inwestycjami miasta jak np. budową nowoczesnej szkoły z basenem. Obecnie zaś w sąsiedztwie powstaje nowe połączenie Pomorskiej Kolei Metropolitalnej.

Kiedy zaczynaliście wyobrażaliście sobie, że to miejsce tak się rozwinie?

Nie. Zakładaliśmy dużo mniejszy projekt (śmiech). Kiedy woziliśmy inwestorów po tych terenach oraz opowiadaliśmy o wizji prezydenta, nikt nam nie wierzył. Tym bardziej teraz czujemy satysfakcję.

Wierzyliśmy w wizję prezydenta Pawła Adamowicza?

Kiedy człowiek posiada bagaż doświadczeń, to ma świadomość, że nie wszystkie projekty mogą wyjść. Z drugiej strony trudno rozwijać miasto, kiedy nie ma się wizji. Nawet w przypadku realizacji jedynie połowy ambitnych celów, to możemy mówić o progresie.

Nie odpowiedział Pan na pytanie, czy wierzyliście…

Mieliśmy świadomość, że nie posiadamy alternatywnej opcji, jeśli chcemy w jakikolwiek sposób zwiększyć atrakcyjność gospodarczą i inwestycyjną miasta.

Minęło 15 lat. Co obecnie jest najtrudniejsze w pozyskiwaniu inwestorów w i dla Gdańska?

Dużo się zmieniło. Weszliśmy w różne obszary inwestycyjne. Jednym z nich była przestrzeń dla sektora nowoczesnych usług. Trzeba było wyznaczyć enklawy i przygotować je pod względem planistycznym, tak aby deweloperzy oraz inwestorzy wzięli na siebie trud i ryzyko budowy kompleksów biznesowych. Udało się z nawiązką. W efekcie pozytywnych działań spółkę zaczęto wykorzystywać do trudnych przedsięwzięć w strukturach samorządowych. Przykładem jest sytuacja stadionu w Letnicy. W 2012 roku musieliśmy przejąć część odpowiedzialności za zarządzanie obiektem, ponieważ Lechia Gdańsk nie poradziła sobie z projektem i wygenerowała zadłużenie. Sytuacja była niekomfortowa, a projekt UEFA EURO 2012TM był zagrożony. Cały czas pojawiają się różne projekty. Zależna od nas spółka wzięła odpowiedzialność za Gdańskie Centrum Multimedialne. Przy tym projekcie musieliśmy nauczyć się tworzenia zespołu redakcyjno-technicznego, żeby GCM mogło funkcjonować. Obecnie mierzymy się z niestabilnością, która pojawiła się na świecie przy okazji pandemii, następnie wojny w Ukrainie. Nie pomaga także wewnątrz krajowa niestabilność otoczenia regulacyjnego.

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a Pan odszedł z InvestGDA do urzędu na funkcję wiceprezydenta, a następnie wrócił do spółki. Dlaczego?

Przychodząc do spółki 15 lat temu, odchodziłem z urzędu. Tych powrotów do tej samej rzeki było więcej (śmiech). Jeśli chodzi o funkcję wiceprezydenta, to stało się tak, gdyż była taka potrzeba. Po tragicznej śmierci Pawła Adamowicza trzeba było szybko stworzyć zespół, który przejmie zarządzanie miastem. Pani Prezydent Aleksandra Dulkiewicz zaproponowała, abym dołączył do teamu ze względu na bagaż doświadczeń. Odpowiedź mogła być tylko jedna. To stanowisko, to także wyróżnienie i satysfakcja z tego, że ma się wpływ na rozwój miasta. Choć zarazem trudna praca, która wiąże się ze stresem, czy z ryzykiem pojawienia się kryzysowych sytuacji. To były trzy lata wymagającej pracy, podczas której zarządzałem obszarem, jakim są inwestycje. Po tym czasie wiceprezydent Piotr Grzelak przejął pałeczkę, a ja miałem możliwość powrotu do InvestGDA lub pracy w innym miejscu.

Skoro miał Pan inne propozycje, to dlaczego wybór padł na InvestGDA?

Mam pewien bagaż doświadczeń i czuję się ekspertem w określonych dziedzinach. Kiedy ma się piątkę z przodu, to moim zdaniem nie jest to czas na naukę nowych rzeczy. Lepiej wykorzystywać zdobyte doświadczenie w swojej specjalizacji. Po przemyśleniu stwierdziłem, że najlepszą opcją będzie powrót, ponieważ w tym miejscu mogę najwięcej zdziałać.

Jak przyjęto Pana po raz drugi?

Widziałem duży stres w oczach koleżeństwa (śmiech). Tym bardziej, że przyszedłem z różnymi pomysłami związanymi z tym, czego Invest GDA wcześniej nie robiło z obszarów projektów edukacyjnych i społecznych. Działanie na tym polu nie należy do łatwych i wymaga sporej cierpliwości. Warto jednak podkreślić, że są ważne dla mieszkańców Gdańska i dlatego ktoś musi się nimi zająć. A kto jeśli nie my.

Co by Pan wskazał w ciągu tych 15 lat jako największy sukces?

Myślę, że naszym skończonym projektem i przynoszącym w tej chwili najwięcej korzyści ekonomicznych dla miasta jest ten w Kokoszkach. Największym sukcesem jest nasze zaangażowanie w rozwój przestrzeni portowej, czyli parki i obszary przemysłowe, które obecnie rozwijamy. Jesteśmy dopełnieniem portu. Współpracujemy na zapleczu, w bliskiej współpracy z Zarządem Morskiego Portu Gdańsk. Pomimo tego, że od początku port miał potencjał, to tylko dzięki działaniom wykorzystującym konkretną sytuację ekonomiczną, geopolityczną, finansową oraz zainteresowanie inwestorów udało się stworzyć jeden z najpotężniejszych węzłów transportowo-przemysłowych w tej części Europy. To jest projekt o ogromnej skali, a co za tym idzie największy sukces. Skupiliśmy się na infrastrukturze oraz zapleczu przemysłowym. W myśl najnowszych modeli działalności dużych portów morskich, gdzie są strefy ładunków, nabrzeży oraz całe zaplecze produkcyjno-logistyczno-transportowe. Warto także wspomnieć o Pomorskim Centrum Inwestycyjnym i innych częściach portu , gdzie poczyniliśmy duże nakłady w infrastrukturę techniczną oraz tworząc Centrum Biurowe KOGA. Jest też fabryka Northvolt, której wartość zbliża się do miliarda złotych. Ten projekt pod względem kapitałowym oraz technologicznych przeszedł najśmielsze oczekiwania. Powstają kompleksy logistyczne GLP oraz CPT, czy depoty kontenerowe. Obecnie uruchamiamy przetargi pod kolejne projekty. Chcielibyśmy dalej rozwijać obszary w okolicach mostu wantowego i trochę dalej na zapleczu rafinerii. Tam głównie działamy we współpracy z Grupą Orlen, przygotowując przedpole przemysłowe dla rozwoju kompleksu rafineryjnego.

Dużo się udało, a czy jest coś, czego Pan żałuje?

Na razie nie udało nam się pozyskać projektu z obszaru półprzewodników, który miał zostać zlokalizowany w gminie Pruszcz Gdański. Ostatecznie trafił w okolice Wrocławia. Mam nadzieję, że jeszcze zdobędziemy taki projekt. Żałuję, że w Gdańsku już nie ma terenów pod duże inwestycje, które mogłyby zmieniać całe branże w gospodarce. Co jednak nie oznacza, że nie mamy szans na takie projekty jako metropolia, przeciwnie we współpracy z gminami wokół Gdańska jest jeszcze sporo terenów do zagospodarowania.

Jakie będzie kolejne pięć lat w InvestGDA?

Mamy jeszcze kilka obszarów przemysłowych, które chcielibyśmy rozwinąć i pozyskać inwestorów, a przez to stworzyć kilka tysięcy miejsc pracy. Zamierzamy także angażować się w bardziej lub mniej skomplikowane projekty w dzielnicach nadmorskich. Takim przykładem może być Jelitkowo, czy Brzeźno. Nie poprawimy estetyki i jakości przestrzeni publicznej  w różnych miejscach, jeżeli nie przełamiemy ograniczeń blokujących działania od lat. Chcemy pomagać przełamywać impas w takich sytuacjach.

Rozmawiał Marcin Dybuk