W

W czasie przedwyborczym odbywa się mnóstwo debat. Jak mówi słownik języka polskiego pod redakcja Witolda Droszewskiego, to „poważna i długa dyskusja na ważny temat”.  Inne źródła mówią, że to „forma dialogu, w której przedstawiamy na ogół odmienne tezy, by móc wysnuć z rozmowy najlepsze rozwiązanie w jakiejś kwestii”.

Wystarczy włączyć telewizor, radio, czy komputer z odpowiednim portalem politycznym, żeby się naocznie przekonać, jak daleko w debatach publicznych odkleiliśmy się od tej definicji.

Debata z francuskiego „debat” w swoim źródle ma łacińskie „batuere”, czyli rozwalać na kawałki. Chyba tego jesteśmy bliżej.

Ważniejsze emocje od sensu słów

W naszej populistycznej przestrzeni publicznej kształtowanej przez socialmedia, opowieści z mchu i paproci oraz kolejki do lekarza oraz sąsiadki, wartość mają nie słowa i ich sens, ale emocje. Debata w lokalnym rozumieniu to nawalanka jak w klatce MMA.

Sytuacja jest o tyle korzystna dla organizatorów takich widowisk, że szczególnie politycy ale i  dziennikarze są przekonani, że ich sukces bierze się z bywania wszędzie i debatowania z każdym, na każdy temat.

Mój mentor, nieżyjący już baczny i prześmiewczy obserwator rzeczywistości Jerzy Gruza mawiał, że jesteśmy dziwnym narodem. Rzadko kto umie powiedzieć, że czegoś nie wie, a nawet jak nie wie, to udziela porad i wskazówek, nie bacząc na nieznajomość przedmiotu.

Śledząc dyskusje w mediach, widać gołym okiem, że nieznajomość tematu raczej nie powstrzymuje adwersarzy od wyrażenia opinii, a wręcz przeciwnie, nawet ich formułowanie ułatwia. Co innego eksperci. Często drażni ich pokrętny, niezbyt stanowczo jednoznaczny sposób wyrażania poglądów. Zamiast jednoznacznego „pan jest głupi”, mówią, że „głoszony pogląd nie ma pełnego potwierdzenia w badaniach naukowych” i tym podobnie. Natomiast publika lubi emocje, a nie wyważoną kulturę słowa.

Jaki jest przepis na udaną debatę?

Można by złośliwie podać przepis na udaną debatę: zaprosić kogokolwiek, najlepiej celebrytów. Temat nie ma znaczenia, bo zawsze się znajdzie, jeśli odpowiednio dobrać uczestników. Najlepiej z różnych partii, wyznań, fanklubów piłkarskich. Taka dyskusja wypada najżywiej: przekrzykiwania, przerywania, niedopuszczanie do głosu. I się dzieje. Jeśli moderator potrafi na początku porządnie rozjuszyć towarzystwo, to może w milczeniu i ze złośliwą satysfakcją spełnionego zadania obserwować, jak klienci się naparzają.

Był kiedyś „Gdański Areopag” organizowany przez Duszpasterstwo Środowisk Twórczych z księdzem Krzysztofem Niedałtowskim na czele. Była publiczność i emocje, ale całkiem innego rodzaju. Natomiast dzisiejszym politykom warto powiedzieć, że wcale nie muszą się wszędzie pchać i za wszystkimi fotografować. Czasem nie warto. Bo na wymianie poglądów się traci.  Wizerunek i szacunek.