Nadeszło lato, choć w osobliwej formule termicznej. Kiedyś, od lipca zaczynał się tak zwany „sezon ogórkowy”. Młodemu pokoleniu trzeba wyjaśnić, że takim określeniem nazywało się w mediach błogi spokój, kiedy trudno było o temat na pierwszą stronę gazety.
Dorota Sobieniecka - Kańska
2025-07-10
3 minuty czytania
Nadeszło lato, choć w osobliwej formule termicznej. Kiedyś, od lipca zaczynał się tak zwany „sezon ogórkowy”. Młodemu pokoleniu trzeba wyjaśnić, że takim określeniem nazywało się w mediach błogi spokój, kiedy trudno było o temat na pierwszą stronę gazety.
Nic się nie działo. Ludzie wyjechali na wakacje, przyjezdni nie byli tak liczni ani tym bardziej kłopotliwi. Dlatego ciszy towarzyszyło wyszukiwanie na siłę tematów. Pamiętam to z czasów studenckich praktyk dziennikarskich w Dzienniku Bałtyckim, czy Głosie Wybrzeża, z którym to los mnie później połączył na dobre kilka lat…
Walka z przestojem
Od rana kolegium redakcyjne wymyślało tematy, zazwyczaj, jak łatwo się domyślić fascynujące. Żniwa, praca stacji sanepidu, co mówią ratownicy na plaży, co robią algi w morzu, zwierzęta w ZOO, a wiele się tam nie działo. Czasem spotkało się na „Monciaku” jakąś znaną osobę, która przybyła na urlop do słynnego sopockiego Zaiksu, czyli domu pracy twórczej.
Tam młodzi redaktorzy z działu kultury szukali tematu. Nie po to, by nocą fotografować, kto się z kim spotyka, ale po prostu poprosić o rozmowę. Można było tam rzeczywiście spotkać znakomitości. Sama złapałam na uroczą, letnią rozmowę Stefana Kisielewskiego, który mi uprzejmie udzielił obszernego wywiadu o całym życiu. Podobnie było z Adamem Hanuszkiewiczem, Zofią Kucówną i innymi znanymi wówczas artystami. Antoni Marianowicz wybitny tłumacz amerykańskich limeryków i musicali sam poprosił mnie o wywiad, gdyż ukrywał się przed słynnym małżeństwem Centkiewiczów, dlatego gwałtownie potrzebował alibi. Był już znudzony długimi opowieściami o Arktyce i jak mówił, przyjechał do Sopotu po ciepło oraz słońce, a od tych mroźnych wielogodzinnych opowieści drętwiały mu uszy. Natomiast Antoni Marianowicz nazywany przez przyjaciół „Kaziem”, był niezwykłą osobowością. Dlatego należy mu się całkiem osobny pakiet wspomnień. Warto wspomnieć i przywołać zabawne lapsusy słowne, dykteryjki czy anegdoty.
Powrót do wspomnień
Te wspomnienia ogórkowych czasów i polowania na tematy w Zaiksie dopadły mnie wczoraj, gdy z wielką godnością, w dramatycznym korku powoli sunęłam autem ulicą Powstańców Warszawy, wzdłuż parku i plaży. Co chwilę przechodzili sobie rozebrani prawie do goła ludzie z plażowymi akcesoriami, a kilkoro z nich niosło leżaki z napisem ZAIKS. Nie byli to żadni artyści. Zaledwie jacyś celebryci. Z nimi nie warto wdawać się w rozmowy, bo niewiele z nich wyniknie ciekawego. Nie napisali w życiu książek, ani wierszy, nie stworzyli wybitnych scenicznych kreacji. Po prostu są znani z tego, że są znani.
Wybitnych można jednak spotkać w sopockim Teatrze Atelier i Andrę Hubnera- Ochodlo, Magdę Umer, Hannę Banaszak, Jerzego Satanowskiego, Artura Barcisia, czy Jandę. Z młodego pokolenia miło mi zawsze spotkać i posłuchać Marcina Januszkiewicza – artystę wielowymiarowego czy grupę Kroke.