Jeszcze dwie dekady temu język biurowy w Polsce był stosunkowo prosty. Spotkanie było spotkaniem, pilne zadanie sprawą na wczoraj, a informacja do wiadomości notatką do przeczytania.

Jeszcze dwie dekady temu język biurowy w Polsce był stosunkowo prosty. Spotkanie było spotkaniem, pilne zadanie sprawą na wczoraj, a informacja do wiadomości notatką do przeczytania.
Jeszcze dwie dekady temu język biurowy w Polsce był stosunkowo prosty. Spotkanie było spotkaniem, pilne zadanie sprawą na wczoraj, a informacja do wiadomości notatką do przeczytania.
Dziś wchodząc do przeciętnej firmy, można odnieść wrażenie, że wylądowaliśmy na międzynarodowym lotnisku. Wszędzie wokół pojawiają się skróty, tajemnicze akronimy i trzyliterowe zaklęcia: „wyślij mi to ASAP”, „FYI – klient prosi o update”, „potrzebny follow-up po callu”.
Panująca globalizacja
Źródła tej zmiany są dość oczywiste. Globalizacja i rosnąca rola korporacji sprawiły, że język pracy stał się hybrydą polskiego i angielskiego. Firmy o strukturze międzynarodowej, raportujące do centrali w Londynie czy Nowym Jorku, zaczęły używać skrótów jako wspólnego kodu. Dzięki nim komunikacja między pracownikami różnych krajów stawała się szybsza, a przynajmniej takie było założenie.
Co ciekawe, skróty takie jak ASAP (as soon as possible) czy FYI (for your information) funkcjonują w obiegu, nawet gdy wszyscy rozmówcy są Polakami. Nie chodzi tylko o wygodę, to też element pewnej kultury korporacyjnej, w której angielski ma rangę języka prestiżowego. Tak jak w różnych grupach społecznych powstają własne kody językowe, tak i w korporacjach „język skrótów” stał się znakiem przynależności. Mówiąc „FYI”, zamiast „do wiadomości”, pracownik pokazuje, że zna reguły gry i czuje się częścią zespołu.
Na co dzień w firmach krąży jeszcze więcej takich językowych skrótowców. W mailach pojawia się EOD (end of day) oznaczający, że zadanie trzeba skończyć do końca dnia albo COB (close of business), czyli do zamknięcia biura. W trakcie spotkań słyszymy o KPI (key performance indicators), SLA (service level agreement) czy POC (proof of concept). Niektórzy używają nawet skrótów z obszaru HR, jak PTO (paid time off) lub z działów sprzedaży – np. MQL i SQL (marketing qualified lead, sales qualified lead). Ten katalog stale się poszerza. Wraz z każdą nową metodologią zarządzania czy narzędziem cyfrowym pojawiają się kolejne zestawy liter, które szybko przenikają do codziennej korespondencji i rozmów.
Pojawiające się trudności
Problem zaczyna się przy nadmiarze skrótów zamieniającym komunikację w hermetyczny szyfr. Nowi pracownicy, którzy nie przeszli jeszcze pełnej „inicjacji”, gubią się w gąszczu akronimów. Wiele firm tworzy też własne skróty wewnętrzne. Wówczas każdy mail brzmi jak telegram z frontu.
Na dłuższą metę może to prowadzić do swoistego „zubożenia języka”. Zamiast pisać precyzyjnie, chowamy się za enigmatycznymi literkami. W efekcie rozmowa, która mogłaby być klarowna, staje się pełna domysłów.
Dzisiaj wiadomo już, że ASAP, FYI i cała reszta na dobre wpisały się w pejzaż firmowej codzienności. Pytanie tylko, czy potrafimy korzystać z nich mądrze, czy też pozostaniemy więźniami akronimów, które miały nam życie ułatwiać, a czasem je tylko komplikują.
Może warto wrócić do starej zasady: piszmy tak, by odbiorca od razu zrozumiał. W końcu komunikacja w pracy ma służyć efektywności, a nie językowym modom.

