Językoznawca, twórca glottodydaktyki, czyli autorskiej metody nauki czytania, profesor Bronisław Rocławski zwykł mawiać, że językoznawcy są od obserwowania i opisywania zmian językowych, a nie utrzymywania na siłę zmurszałego skansenu.

Językoznawca, twórca glottodydaktyki, czyli autorskiej metody nauki czytania, profesor Bronisław Rocławski zwykł mawiać, że językoznawcy są od obserwowania i opisywania zmian językowych, a nie utrzymywania na siłę zmurszałego skansenu.
Językoznawca, twórca glottodydaktyki, czyli autorskiej metody nauki czytania, profesor Bronisław Rocławski zwykł mawiać, że językoznawcy są od obserwowania i opisywania zmian językowych, a nie utrzymywania na siłę zmurszałego skansenu.
Trudno odmówić mu racji. Język jest żywy, zmienia się, ulega wpływom oraz nie znosi pustki. Gdy pojawia się nowy desygnat, szybko znajduje nazwę. Najczęściej bierze ją z języka, w którym się ów desygnat pojawił… To fascynujące zjawisko i wydawałoby się, że rozwijające bogactwo naszej mowy w naturalny sposób.
Uczestnicząc w tzw. życiu publicznym, słuchając audycji radiowych (kto dziś używa tego słowa?), programów telewizyjnych, wykładów, wystąpień i prelekcji rozmaitych uczonych oraz ludzi, a także zwykłych rozmów czy dyskursów dochodzę do wniosku, że kurczy się nasz polski język jak czarna dziura, czy biały karzeł.
Imploduje, zapada się, znika
Statystyka mówi, że przeciętnie wykształcony Polak używa aktywnie około 10 tysięcy słów. Biernie zaś trzy razy więcej. To znaczy zna, ale nie używa. Gorzej, jeśli używa, a nie zna, co często zdarza się aspirującym politykom i celebrytom. Dla zobrazowania skali – słownik języka polskiego liczy 100 tysięcy haseł.
Słuchając potocznej narracji, dochodzimy do wniosku, że to są mocno przesadzone liczby. Bywają osoby, którym wystarcza zaledwie kilka dość wyrazistych słów, aby porozumieć się ze światem i opisać emocje. To dość popularne słowa, niegdyś uważane oraz traktowane jako obraźliwe i niecenzuralne. Teraz spowszedniały, straciły na sile rażenia poprzez powszechność. Już nie są przekleństwami, ale przerywnikami, słowami zastępczymi, wieloznaczeniowymi, uniwersalnymi. Budzi to sprzeciw i przerażeni osób delikatnych, subtelnych oraz lepiej wykształconych. Martwi nas postępujące zubożenie polskiej mowy, nawet bardziej niż jej brutalizacja.
Czytanie poszerzaniem słownictwa
Poloniści zawsze wiedzieli, że jedyną skuteczną metodą nauczania prawidłowego posługiwania się słowem, poszerzania słownictwa, gramatyki i ortografii jest czytanie, przede wszystkim porządnej literatury, która jest dobrze napisana, czy przetłumaczona. Temu od wieków służył kanon lektur, które przeciętnie wykształcony Polak Mały musiał znać. Teraz, w imię dobrostanu dzieci ogranicza się obowiązek szkolny czytania, jakby to szkodziło zdrowiu. Potem te dzieci kończą studia, gdzie też się nie wymaga przesadnej znajomości literatury pięknej i robią kariery również w zawodach opartych na komunikacji werbalnej. Przy tym popisują się swobodnie własnym deficytem. Fatalnie akcentują, mylą notorycznie dopełniacz z biernikiem. Nie znają ani nie czują różnicy między ”czyj?” i „kogo?”. Nie odróżniają „tłuszczu” od „tłuszczy”, co słychać od paru miesięcy wiele razy dziennie w pewnej reklamie.
Zamiast „trudno”, mówią „ciężko.” Przy tym żadna sztuczna inteligencja im nie pomoże, bo oni już ją wyuczą. Wyuczą, jak umieją, bo lektury szkolne znają tylko z ekranizacji. Potem już nikt nie będzie rozumieć nawet „Trylogii”, nie mówiąc już o Piśmie Świętym.

