Partnerzy
  • Pracodawcy Pomorza

Wyszukiwarka

Wojciech Korzeniewski przybliża swoją zawodową karierę
Lifestyle
Od pucybuta do impresario artystów

W świecie show biznesu funkcjonuje od ponad 50 lat, współpracując z wieloma przedstawicielami polskiej oraz zagranicznej muzyki z najwyższej półki. Wojciech Korzeniewski przybliża zawodową karierę, która prowadziła go po różnych ścieżkach.

Przemysław Schenk
2025-10-30
7 minut czytania

W świecie show biznesu funkcjonuje od ponad 50 lat, współpracując z wieloma przedstawicielami polskiej oraz zagranicznej muzyki z najwyższej półki. Wojciech Korzeniewski przybliża zawodową karierę, która prowadziła go po różnych ścieżkach.

Od kilkudziesięciu lat funkcjonujesz w show biznesie jako menadżer gwiazd muzycznych, ale cała historia zaczęła się w Sopocie. Dlaczego to jest wyjątkowe miasto?

Wyróżnia się lokalizacją w skali całego świata, a zrozumiałem ten fenomen, jeżdżąc po świecie m.in. do Cannes czy San Remo. Różne międzynarodowe targi oraz koncerty porównywałem do sopockich realiów. Uświadomiłem sobie, że dysponujemy w tym mieście nieprawdopodobną infrastrukturą w postaci hoteli, restauracji, atrakcyjnych obiektów np. Molo, Operę Leśną, kina, stadiony, sale koncertowe, teatry, Hipodrom. To idealne warunki do organizowania imprez, w tym muzycznego festiwalu.

Natomiast Twoim pierwszym rozdziałem w życiu był sport, a wszystko zaczęło się na sopockim torze.

Zgadza się i nadal drzemie we mnie sportowa pasja. Zaczynałem od jazdy na sankach, ale w czasach szkolnych trener śp. Tadeusz Mieszczański próbował mnie w różnych dyscyplinach, a ostatecznie padło na koszykówkę. Byłem częścią drużyny, która notowała sukcesy na turniejach międzyszkolnych w Polsce. Następnie będąc na studiach, kontynuowałem działalność sportową. Po namowach zostałem wiceprezesem AZS UG i zająłem się działalnością organizacyjną i promowaniem sportu na uczelni. Jednym z pomysłów było zadbanie o odpowiednie obiekty sportowe i finalnie władzom uczelnianym spodobała cała przygotowana koncepcja. Zasłynąłem też z organizacji spotkań ze słynnymi ludźmi ze świata sportu m.in. z Janem Ciszewskim, Witoldem Duńskim, Tomaszem Hopferem, czy Zdzisławem Ambroziakiem.

Jak wspominasz udział w Igrzyskach Olimpijskich w Monachium, w 1972 roku?

Wówczas zostałem wytypowany do grupy działaczy sportowych na wyjazd na IO w Monachium. To było spełnienie moich marzeń, a najbardziej utkwił mi w pamięci mecz finałowy z Węgrami, który wygraliśmy 2:1. Po końcowym gwizdku pod wpływem impulsu wziąłem flagę i przedzierając się przez ochronę, dołączyłem do cieszących się piłkarzy. Nawet zostałem uwieczniony na zdjęciach, które stały się cenną pamiątką. Poza IO uczestniczyłem w wielu imprezach sportowych z udziałem Polaków m.in. MŚ w piłce nożnej 1974.

W pewnym momencie musiałeś skończyć z koszykówką i szukać innej drogi. W jaki sposób praca woźnego w przychodni otworzyła kolejne zawodowe bramy przed Tobą?

Wtedy musiałem pomóc mamie, bo zmarł ojczym, a ja byłem najstarszy z rodzeństwa będącym na miejscu. W sezonie pracowałem w Operze Leśnej w obsłudze technicznej, aż w pewnym momencie przyjąłem propozycję mamy, zostając woźnym w przychodni. Ta praca nauczyła mnie punktualności, odpowiedzialności i pokory, bo łączyłem ją z nauką.

Pierwszy koncert zorganizowany przez Ciebie odbył się w 1972 roku na Twojej uczelni, zespołu 2 plus 1. Jak to wspominasz po latach?

To była absolutna improwizacja. Wówczas pracowałem w Operze Leśnej i podczas prób zaprzyjaźniłem się z zespołem 2 Plus 1. Poprosiłem ich o zagranie w klubie studenckim „Łajba”. Nie mieliśmy żadnego sprzętu, dlatego pożyczyliśmy mikrofony z pobliskiej poczty i z innych miejsc głośniki czy kable. Mimo to koncert okazał się sukcesem. Było to dla mnie pierwsze doświadczenie w organizacji koncertów. Natomiast działania w kulturze rozpocząłem w Towarzystwie Przyjaciół z Sopotu, w 1974 r. Potem dzięki Zbyszkowi Canowieckiemu trafiłem do BART-u, gdzie dyrektorem był wybitny animator kultury Andrzej Cybulski.

W latach 1989–1994 odpowiadałeś za organizację w Operze Leśnej Sopocki Festiwal Piosenki, choć to nie było łatwe. W jakich okolicznościach to się Tobie udało jako prywatna firma marketingowa?

W 1988 roku na prośbę Jerzego Gruzy podjąłem się odpowiedzialności za stronę sponsoringu i marketingu festiwalu, co zakończyło się sukcesem. Dlatego zaproszono mnie na podsumowanie wraz z planami na kolejną edycję. Z tego względu że to był rok przed transformacją w Polsce, nikt nie miał pieniędzy na dalszą organizację, dlatego ja zgłosiłem, że zajmę się organizacją i zdobędę fundusze. Początkowo spotkałem się z falą śmiechu, ale miałem wsparcie Jerzego Gruzy, a przyjaciel z Londynu Władysław Jaroszewicz pomógł mi w załatwieniu finansowania oraz zdobyciu sponsorów, czego dowodem był czek. Udało się też uzyskać wsparcie agencji reklamowej Saatchi & Saatchi. Dzięki temu do Sopotu przyjechali producenci koncertów na Wembley: Ben Challis i Gavin Taylor. Dotarliśmy też do MTV i Fuji Television, dzięki czemu festiwal miał zasięg światowy. W Sopocie pojawiały się takie gwiazdy jak m.in.: Johnny Hates Jazz, Dannii Minogue, Hue & Cry, Technotronic, Erasure, Deacon Blue, Alison Moyet, Aztec Camera, OMD, Bros, Jimmy Somerville, a prowadzącym był Paul King.

Etatowo pracując w BART, byłeś odpowiedzialny za wszelkie działania promocyjne związane z artystami, którymi opiekowała się firma m.in. Kombi, Anna Jantar, Irena Jarocka, Lady Punk, TSA. jakie były największe różnicy w pracy z nimi za czasów komunistycznych a obecnie?

Nie da się ukryć, że to dwie zupełnie inne rzeczywistości, a za komuny przecierałem szlaki w różnych kwestiach. Wówczas nie funkcjonowało wiele obecnych pojęć oraz zasad. Przykładem może być moja pierwsza poważna współpraca jako impresario z Ireną Jarocką, która co miesiąc płaciła mi do ręki za moją pracę. Natomiast byłem odpowiedzialny za organizację promocji podczas tras koncertowych, nagrań czy festiwali itd. Wówczas poznałem też Sławka Łosowskiego i jego ówczesny zespół Akcenty, który Sławek przekształcił w Kombi. Zafascynowałem się jego osobą, a w tym samym czasie pojawił się mój przyjaciel Jacek Sylwin, który jest producentem muzycznym. Namówiłem go wraz z Andrzejem Cybulskim na pomoc w promocji tego zespołu, mimo że wówczas rynkiem w latach siedemdziesiątych rządzili soliści. Natomiast obecnie jest inaczej. Sama praca też jest w innej rzeczywistości nie tylko politycznej, ale też technologicznej, obecnie jest o wiele więcej możliwości promocji artystów, co determinowało zmianę sposobu pracy, który obowiązywał 45 lat temu.

Przez te kilkadziesiąt lat działalności byłeś zaangażowany w wiele projektów. Czego najbardziej żałujesz, że nie udało się tego zrealizować?

Osobistą porażkę traktuję kwestię powstania muzeum rock n rolla, do którego przekonywałem władze miasta Sopotu od 20 lat. Ma powstać takie miejsce dotyczące festiwalu sopockiego i Opery Leśnej, ale najwcześniej za trzy lata. Natomiast uważam, że Sopot jest idealnym miejscem do realizacji takiej inicjatywy, która funkcjonuje np. w Opolu czy Jarocinie, gdzie też przekazałem część własnych materiałów z czasów tworzenia nurtu Muzyki Młodej Generacji, co uważam za wielkie osiągnięcie w tej branży.

Mając tak imponujący dorobek zawodowy, czym obecnie się zajmujesz, będąc od 10 lat na emeryturze?

Na co dzień zajmuję się jeszcze zespołem Kombi i promocją kolejnej nowej płyty oraz produkcją najbliższego teledysku, dlatego mam dużo pracy. Do tego pomagam wielu artystom, ale na zasadach doradcy. Pomagam artystom w funkcjonowaniu na rynku poprzez moje wypracowane kontakty. Natomiast przykładem człowieka, któremu wskazałem drogę muzycznego rozwoju, jest Wiktor Dyduła, a poznaliśmy się na jednym ze szkolnych wydarzeń, podczas którego zaimponował mi muzycznym talentem. Takich historii jest więcej, ale nigdy nie chwaliłem się konkretnymi nazwiskami.

Rozmawiał: Przemysław Schenk

fot. materiały prywatne

Reklama na portalu expressbiznesu.plReklama na portalu expressbiznesu.pl