Partnerzy
  • Pracodawcy Pomorza

Wyszukiwarka

Dorota Sobieniecka - Kańska felieton
Felietony
Święta nieodświętne

Jeszcze nie zwiędły szczerbate dynie od halloween, a już po galeriach(oczywiście handlowych, a nie artystycznych) grają kolędy i „White Christmas”.Takie marketingowe podgrzewanie przedświątecznego nastroju. To oczywiście jest irytujące, bo Święta po to są nimi, aby występować rzadko i odświętnie. Mają być szczególne, uroczyste, wyjątkowe i wyczekiwane. Tymczasem już w połowie listopada obrzydło mi to ciągłe […]

Dorota Sobieniecka - Kańska
2025-12-03
3 minuty czytania

Jeszcze nie zwiędły szczerbate dynie od halloween, a już po galeriach(oczywiście handlowych, a nie artystycznych) grają kolędy i „White Christmas”.Takie marketingowe podgrzewanie przedświątecznego nastroju.

To oczywiście jest irytujące, bo Święta po to są nimi, aby występować rzadko i odświętnie. Mają być szczególne, uroczyste, wyjątkowe i wyczekiwane. Tymczasem już w połowie listopada obrzydło mi to ciągłe przypominanie o czekających mnie obowiązkach i zadaniach. Po prostu czasem brakuje mi czasu na świętowanie i wolę nawet o nich nie myśleć. Przecież w naszej kulturze – święta, podobnie jak sylwester są obowiązkową przyjemnością.

Świąteczne wspomnienia

W dzieciństwie, a były to odległe czasy, towarzyszył im cudowny zapach choinki, wypastowanych parkietów, pieczonych przez babcię ciast: pierników, makowców. Było w nich pełno orzechów i reglamentowanych, trudno dostępnych bakalii. Byłam skierowana na odcinek ich siekania czy krojenia i żartobliwie polecano mi gwizdać, abym ich nie wyżerała. No i te szklane, stare bombki, każda z nich miała własną historię. Na plastyce kleiliśmy koślawe łańcuchy z kolorowego papieru, a z wydmuszek robiliśmy ozdoby. Oczywiście czekało się także na prezenty. W epoce niedomiaru prezenty były zawsze z okazji imienin, urodzin, gwiazdki.

Punkt kulminacyjny

Najbardziej ekscytujące było oczekiwanie na Wigilię, wieczerze, kolędy, to wspólne bycie ze sobą całej rodziny, świąteczny program w telewizji. No i punkt kulminacyjny, kiedy po naszym długim zerkaniu pod choinkę, mama pozwoliła odejść od stołu i wyciągać kolorowe paczuszki spod drzewka. Razem z siostrą już wcześniej rozpracowywałyśmy ten temat, buszując po bieliźniarkach i dnach przepastnych, przedwojennych szaf. Zdecydowanie prezenty były punktem kulminacyjnym Świąt Bożego Narodzenia, ale nie jedynym! Tak jak dla dorosłych tym najważniejszym punktem było jedzenie. Tradycyjne, własnoręcznie przygotowane, dawne smaki genetycznie przenoszone od pokoleń. W czasach segregacji płciowej babcie, ciotki i matki krzątały się bez termomiksów oraz zmywarek, a za oknami kruszały zające. W wannach pływały karpie. Męskim zajęciem było ich zabijanie przy wrzasku dzieci. Tamte święta, jak widać, miewały także brzydkie, traumatyczne strony.

Zanikanie świątecznej magii

Teraz, gdy wszystko jest do kupienia: dwanaście potraw i sztuczna choinka, chińskie bombki z plastyku, co roku nowe, a zapach generuje się z defuzora, magia gdzieś mi zniknęła. Nawet nie chodzi o ten smak barszczu grzybowego, jedynego w swoim rodzaju, który potrafiła nadać tylko Babcia Irka. Natomiast o to, że święta mamy cały rok. Dajemy sobie, a przede wszystkim dzieciakom nieustannie prezenty. Szynka jest na co dzień dostępna, jeśli ktoś ma chęć. Moi sąsiedzi przez cały rok mają dom ozdobiony świątecznymi lampkami, bo jeśli coś jest fajne, to po co to kończyć? Niech trwa…

Reklama na portalu expressbiznesu.plReklama na portalu expressbiznesu.pl